Koty nie zawsze były przedmiotem mojego podziwu, powiedziałabym nawet, że był czas, kiedy traktowałam je jako istoty "niższego rzędu", w każdym razie nie za stworzenia, z którymi można nawiązać naprawdę głęboką więź. Nie wiem, czy to w ramach odwetu, czy po prostu w wyniku jakiejś tajemniczej magii, koty zmieniły moje życie diametralnie. Sprawiły, że zmieniłam w miarę bezpieczny i przewidywalny tryb życia na taki, który pozwoli mi spokojnie zająć się kociętami, zostać w domu podczas porodu, na tryb życia elastyczny i łatwy do modyfikowania, chociaż bez spokoju o pracę stałych "etatowców". Nie widziałam jednak innego wyjścia, bo hodowla to ogromna praca, to stała gotowość na różne, nieprzewidywalne sytuacje, to stała gotowość do bycia przy kocie, który może mnie potrzebować, nieważne, dużym, małym, czy takim jeszcze w mamusinym brzuchu. Ja sama zaczynam każdy dzień od wygłaskania każdego z moich podopiecznych, nie da się wyjść z domu bez podrapania podbródków wszystkich chętnych, bez wypytania, co tam się śniło i czy samopoczucie dopisuje :) Truchtające pośpiesznie łapki i nosy wciskające się do każdej torby, sprawdzające, co też dziś przyniosłam z polowania sprawiają, że zmęczenie mija w mgnieniu oka. I chociaż hodowla już nie raz przyprawiła mnie o łzy, nie raz sprawiła, że czułam się bezradna wobec sił natury, nigdy nawet przez chwilę nie przyszła mi do głowy myśl, żeby przestać się nią zajmować.

Zaczęło się od jednej niebieskiej kotki, po którą pojechałam daleko, bo aż do Szczecina. Pierwsza kotka oczywiście musiała być niebieska, bo tylko takie brytyjczyki zauważa się na początku. Zresztą w 2004 roku hodowli kotów brytyjskich było niewiele, a o kolorach takich jak kremowy, czekoladowy, czy bikolory prawie się nie słyszało. Tak więc w sierpniu 2004 przywieźliśmy do domu małą, niebieską kuleczkę.

Nic wtedy nie wiedziałam o kotach, opierałam się głównie na obiegowych opiniach i tym, co mogłam usłyszeć od innych hodowców. Z perspektywy czasu widzę, jaki ogrom błędów popełniłam wychowując Clarę. To kotka o trudnym charakterze, i na pewno nie powinna była trafić do osoby tak niedoświadczonej, jak ja, a już na pewno nie powinnam była słuchać mnóstwa "dobrych rad", jakich mi wtedy udzielano. Wtedy o kotach w zasadzie nie wiedziało się w Polsce nic, behawiorystyka dopiero raczkowała, o szkoleniach w tym zakresie w ogóle nie było mowy. Pierwsze dwa lata uczyłam się na własnych błędach. W zasadzie wdzięczna jestem losowi, że zaczęłam od takiej właśnie kotki - nie pozwalała spocząć na laurach, kazała szukać, drążyć, starać się zrozumieć, kwestionować obiegowe opinie, powtarzane nawet przez weterynarzy, czy przez niektórych behawiorystów, którzy na koty przenosili zachowania i zasady relacji psich. Jestem więc wdzięczna Clarze, która uczyła mnie, jak dotrzeć do wrażliwej kociej natury.

Clara kończy w tym roku już 13 lat, trzyma się, jak się wydaje, bardzo dobrze :) Z roku na rok robi się z niej coraz większy przytulak, aż nie do wiary, że to ta sama kotka, co sprzed lat, niezależna i niedotykalska - teraz wchodzi na kolana nawet obcym, co z Agnieszką uważamy za zdradę... Chociaż mieszka w pokoju z Agnieszką, i to z nią ma obecnie największy kontakt, zawsze woła mnie, gdy usłyszy, że wróciłam do domu. Clara, chociaż wystawowo nie pozwoliła nam się "wyszaleć", jako kotka hodowlana okazała się bardzo dobrym zaczątkiem Agilisowa. Przekazywała dzieciom duże, szerokie głowy, okrągłe oczy, szerokie, "pufiaste" nosy, to, co w brytkach tak lubię. Jej najsłabszym punktem, wadą dość poważną, z której ciężko wychodzi mi się do dziś, jest jej futro. Piękne w kolorze, ale ubogie w podszerstek, mięciutkie, do tego Clara niesie gen długiego włosa, dzięki czemu w Agilisowie rodziły się od czasu do czasu koty długowłose. 

To Clara, pomimo swojego niezależnego i trudnego charakteru, ogromnej lękliwości w odniesieniu do wszystkiego, co nowe i nieznane - a może właśnie dzięki temu? - obudziła we mnie miłość do kotów, zwierząt, które do tamtej pory uważałam za zdecydowanie poniżej grupy zasługującej na uwagę. Dlatego to jej właśnie należy się z mojej strony najwięcej podziękowań :)

Borgia, córka Clary, została z nami ze względu na kolor. Miała być matką dla kremowej dziewczynki, której nigdy się po niej nie doczekałam. Sprawiła, że pokochałam szylkrety :) Tak naprawdę to ona nauczyła mnie zupełnie innego kontaktu z kotem, to na niej uczyłam się podawać tabletki, ona też pozwoliła mi po raz pierwszy poznać smak zwycięstwa na wystawach, to na niej uczyłam się, co w brytyjczyku jest największą zaletą, a co najpoważniejszą wadą. Borgia jest niezwykle kontaktowa i rozmowna, bez skrupułów doprasza się o to, na czym jej zależy, do dziś budzi mnie skutecznie, szturchając nosem dłonie, bo przecież to ręce głaszczą :) Borgia kończy w tym roku 11 lat, jest moim oczkiem w głowie, i chociaż nie doczekałam się po niej wielu dzieci, pozwoliła mi otworzyć własną linię.

To niesamowite, jak bardzo Borgia lubi czesanie :) Bardzo trudno jest nam rano wybrać się z Agnieszką do pracy bądź szkoły, bo trzeba się przecież uczesać, na ten dźwięk Borgia przybiega z najdalszego nawet kąta, oderwie się z najgłębszej nawet drzemki. Wskakuje na drapak w łazience, i pręży w prośbie grzbiet, nie ma siły, trzeba przeczesać. Jak dotąd ani ja, ani Agnieszka, nie dotarłyśmy do punktu, w którym Borgia miałaby dość :) Wykorzystują to goście, którzy chcieliby ją pogłaskać, ale na tak bliski kontakt Borgia na pierwszej randce nie pozwala - chyba, że wręczę gościowi do ręki jej ulubione zgrzebełko. Wystarczy, że je zobaczy, natychmiast przybiega i grucha, i nadstawia coraz to inne zakamarki swojego ciała. No zdrajczyni się z niej wtedy robi :)

Cieszę się, że moja pierwsza "córeczka" jest ciągle zdrowa i w pełni sił, bo przecież czas biegnie, chociaż mi się ciągle wydaje, że Borgia dopiero co się urodziła...

Arabica to prawdziwa królowa, i pomyśleć, że kiedyś byłam tak głupia, że uważałam, że nie lubi wysokości. Zaczęła zwiedzać pięterka, gdy ilość legowisk na górze przekroczyła liczbę 5, teraz bardzo lubi przesiadywać albo na antresoli, albo na którejś z półek. Arabica jest już na emeryturze, na jej urodzie i cudownym temperamencie zbudowałam w hodowli "linię żeńską". Wszystkie moje dziewczyny to jej bliższe lub dalsze krewne :)

Arabica jest po prostu kotką fenomenalną. Pojawiła się w moim domu, jak prezent od losu, wygrana na loterii, w chwili, kiedy zupełnie się tego nie spodziewałam. Wypatrzyłam ją jeszcze jako małe kociątko, i nawet napisałam do hodowczyni zapytanie o możliwość jej zakupienia, ale w odpowiedzi otrzymałam informację, że koteczka zostaje w hodowli, co mnie zresztą wcale nie zdziwiło. Potem jeździłam do Kathrin na krycia z Borgią, i mogłam poobserwować wzrost trzykolorowej kuleczki, jak zmienia się w dorosłą, dostojną kotkę, i wzdychałam sobie w duchu, że czemu to nie u mnie... Potem napisałam do Kathrin prośbę o kotkę kremową, a w zamian otrzymałam propozycję wzięcia do hodowli kotki półtorarocznej, mojej od początku wypatrzonej Arabiki. Zastanawiałam się może 5 sekund :) Pamiętam, jak jechałam ze strachem, jak poradzę sobie z wprowadzeniem do grupy takiej dojrzałej już dziewczyny, jak mam jej pomóc odnaleźć się w nowym domu, w którym nawet melodia języka jest obca. Kiedy wracałam, zerkałam na nią na siedzeniu pasażera, i nie mogłam uwierzyć, że to MÓJ kot :) Dziś Arabica jest ulubienicą mojego męża, moją jedyną prawdziwą rywalką, kochają ja wszyscy za jej wyważony temperament, za spokój i opanowanie. To właśnie ze względu na te cechy postanowiłam zbudować na niej swoją hodowlę od strony kotek, bo to kotki muszą żyć w grupie, i muszą mieć do tego odpowiednie predyspozycje. 

Potem w moim domu pojawił się ktoś, kogo w ogóle nie planowałam. To znaczy urodził się kalendarzowo ponad rok po Arabice, ale był już u nas, gdy ona przyjechała. Był to Fado, urodzony w bardzo nieszczęśliwych okolicznościach, jedyny ocalały kot z Borgiowego drugiego, i - jak się potem okazało - przedostatniego miotu. Miał być kremową dziewczynką, tą wymarzoną i wyczekaną po Borgii, był chłopcem, i kiedy na drugi dzień po jego urodzeniu okazało się, że musimy walczyć o życie Borgii, i że walka ta oznacza odkarmienie samodzielne, w naszych rękach, postanowiłam go zatrzymać, bo w swojej pysze uznałam, że żaden dom nie będzie dla niego odpowiednio dobry... Tak więc został ten mój synek z bardzo egoistycznych pobudek, początkowo miał być kastratem, bo w tamtym czasie w ogóle nie planowałam kocura, ale z czasem okazało się, że Fado może być moim własnym reproduktorem, bo żal było nie przekazać dalej wielkiej głowy i solidnych łap. Faduś jest bardzo męczliwy, do tej pory układa się do snu na człowieku, wciska się na kolana, ugniata wielkimi paluchami, to miłe, ale niekiedy już naprawdę nie mogę niczego zrobić, bo siada obok, i trąca łapką, jak grzeczne dziecko, prosząc, żeby się nim zająć. Dziecko kończy w tym roku 9 lat.

Zawsze śmiejemy się z Bohdanem, że to właśnie taki kot jak Fado dał początek mitom o "kotach duszących" :) . Ulubioną pozycją do spania, to taka na naszych szyjach, rozmruczane 7,5 kilograma, przewieszone jak szal, to niby miłe, ale ruszyć się nie da :) Poza tym Fado to okropny niezdara, wskakiwanie nie jest jego najmocniejszą stroną, chociaż muszę przyznać, że jeśli mu na czymś zależy, potrafi wskoczyć z zaskakującą dla mnie lekkością na każdy mebel w domu!

Fado jest WIELKIM cykorem, najbardziej boi się obcinania pazurów - można go złapać za głowę, tarmosić, no dobrze, więcej nie piszę, bo zaraz będzie sprawa o znęcanie, ale prawda jest taka, że nie potrafimy obok niego przejść obojętnie, każdy musi zaraz pogłaskać, wytargać za poliki, Fado podnosi głowę, odsłania szyję, mruży oczy, i czeka, żeby gardziołko i boki pod bródką wysmyrać. Ale łapy?! No bez przesady, łapy są dla kota święte :)))) Tak więc to wielki miś o bardzo małym rozumku, wybaczam mu te pazurki, w końcu to raz na jakiś czas, i potem znów leżenie, udeptywanie, mizianie, szturchanie, kładzenie się na stopach, żebym nie odeszła... No i prysznic - największa chyba Fadusiowa miłość, wystarczy, że odkręcę wodę w łazience, a Fado sprintem biegnie i pakuje się do kabiny, żeby łapać te cudowne lśniące sznureczki wydobywające się ze słuchawki prysznica. Fajny jest!

Gatta... To więź dla mnie szczególna, nawet nie będę się rozwodzić, bo wszystko się wyda... Koteczka, która NA PEWNO mnie kocha, i to nie przez pryzmat misek :) Bardzo czuła na głos, na słowa, na to, że się do niej mówi. Wyraźnie jest jej to potrzebne. Biega przy mojej nodze jak psiak, sprawdzając, co ciekawego niosę, a czy może to coś dla niej, a może się pobawię, albo coś jeszcze. Nasze najskrytsze tajemnice, to moje mleczne posiłki, Gattula siada naprzeciwko mnie na oparciu fotela, i czeka grzecznie, aż skończę jeść, bo wie, że zostawię jej coś na dnie. Takie nasze małe sekrety... Gatta w tym roku kończy 6 lat.

Właściwie to nie wiem, dlaczego ona tak mnie rozczula, w sumie to jest wredna, burczy przy obcinaniu pazurów, nie lubi być noszona na rękach, to przez nią musiałam zainteresować się BARFem, krótko mówiąc, same kłopoty. Jej dzieci to też często tacy pogardzający chrupkami, i domów trzeba im szukać dwa razy dłużej. Ale to najlepsza z matek, najcierpliwsza, wszystkie dzieci mogą na nią liczyć, jest zawsze, gdy trzeba pocieszyć, również mnie :) Jej dzieci mają cudowne charaktery, o dziwo na ogół nie dziedziczą po matce burczenia, chociaż wszystkie są gadatliwe :) Bardzo mi żal, że Gatta w tym roku przejdzie na emeryturę, ale czas płynie nieubłaganie, w tym roku 8 urodziny...

Najciekawsze jest podejście Gatty do głaskania. Jest bardzo złakniona kontaktu, ale w przeciwieństwie do innych moich kotów, nigdy nie jest nachalna. Patrzy tylko wymownie, czeka aż powiem "Już idę, Gattulu", biegnie radośnie do najbliższego legowiska, i tam się pod rękami układa, i mruczy, i grucha, i całe jej ciało mówi, jaka jest szczęśliwa. Taka moja miłość od pierwszego wejrzenia :)

Negra... Zrobienie jej zdjęcia to prawdziwa udręka, nie dyskutuję, wstawiam, co mam... W realu jest naprawdę piękna.To dziwaczna kotka, łagodna, ale z charakterem, wie, czego chce, i potrafi osiągać swoje cele, jest asertywna, i łagodna równocześnie. Moja kolejna ulubienica :) W tym roku kończy 5 lat.

Negra z wiekiem robi się bardzo kontaktowa. W pierwszym roku życia wydawało się, że zawsze będzie obok nas, niby blisko, ale bez wielkiego naporu na naszą obecność. Wszystko zmieniło się stosunkowo niedawno, jest chyba jeszcze bardziej namolna od swojej mamy Arabiki. Niezwykle gadatliwa, bez przerwy z nami rozmawia, to chyba najbardziej rozgadany kot w naszym domu :) Co więcej, naprawdę niekiedy mam wrażenie, że ona na mnie normalnie krzyczy, w każdym razie dobitnie wyraża swoje pretensje, że dlaczego jestem tak późno, a dlaczego jej ulubionej puszeczki jeszcze nie otworzyłam, a dlaczego właściwie moje kolana jeszcze nieprzygotowane, żeby ona mogła usiąść, a co właściwie robi tu ten laptop, i gdzie jest moje miejsce ja się pytam...

Ori mam tylko z komórki, muszę wreszcie zawiązać sobie supełek, żeby zabrać do mamy aparat :) To dziecko mojej przedwcześnie zgasłej Inuszki, koteczka, która miała posłużyć mi do wyprowadzenia kocurka z genem czekolady, i doskonale się z tego zadania wywiązała, przeszła więc na emeryturę wcześniej, niż inne kotki. Mieszka z moimi rodzicami. Ori jest grzeczna i kochana, chociaż to wszystko zależy od punktu widzenia, albo leżenia, bo potrafi doprosić się o zabawę nawet o 3 nad ranem. Mama już nauczyła się z nią rozmawiać, i jest prawdziwym personelem pomocniczym, bo Ori owinęła ją sobie dookoła palca, muszę pilnować, żeby mi się dziecko nie rozpuściło :) Orisia we wrześniu skończy 5 lat.

Ori, chociaż malutka, ma głowę po babci i prababci, solidną i szeroką. Najważniejsze, że pozwoliła mi na wprowadzenie do puli hodowli w linii męskiej genu czekolady. 

Perla nie miała u nas zostać, powiedziałam sobie, że nie, że nie dam się namówić kolejnym bursztynowym oczom, że oddam do domu, w którym już ją kochają, że tak będzie najlepiej. Niestety, a może dla mnie stety, dom musiał odłożyć swoje kocie plany na przyszłość, a ja uległam oczom niebieskim, bo Agnieszka, jak nigdy dotąd, uparła się, że Perełka musi u nas zostać. Nie szukałam więc już innego domu, i tak to "Klon", jak ją Arek do dziś nazywa, została z nami.

Perla okazała się fantastyczną mamą, mimo traumy, którą mi zgotowała swoim pierwszym porodem i pierwszymi dwoma tygodniami po. Perla jest ulubienicą mojej pani kardiolog :) W tym roku skończy 5 lat. Jest niezwykle aktywna i żywa, potrafi wejść dosłownie wszędzie, uwielbia przyprawiać mnie o zawał spacerując po karniszach :) To pierwszy kot, który rzeczywiście i bezsprzecznie lubi głaskanie po brzuchu, rozciągając się jak długa, odsłaniając paszki, rozkładając nieprzyzwoicie nóżki. Przychodzi do mnie, siada w legowisku obok mojego fotela, i podobnie do mamy, udeptuje i wpatruje się znacząco, żeby głaskać. No to głaszczę, bo co tu robić, wtedy Klon układa się zadowolona w legowisku, i śpi obok mnie. Poza tym to oczywiście same z nią kłopoty, suchego nie je, ciągle tylko mięcho i tuńczyk, i ciągle mało...

Raya to najdziwaczniejsza z naszych kotek, czasami mam wątpliwości, czy w ogóle jesteśmy jej potrzebni, i wtedy nadchodzi taki moment, że przychodzi, i z prawdziwą pretensją domaga się pieszczot. Moja ukochana Brzydalka, tylko ja jestem w stanie dostrzec, że jest śliczna, no miłość ślepa jest! Raya jest równolatką Perli, czyli w tym roku skończy 5 lat, i podobnie jak Perla, ma niespożyte pokłady energii. Jej "niskie zawieszenie" sprawia, że porusza się w pogoni za laserkiem jak przyklejona do podłogi. Jest zwrotna, i wymaga BARDZO dużo uwagi, trzeba się z nią stale bawić, bo inaczej ciągle by ganiała młodszych :)

Raya ma wspaniały charakter, jest spokojna i grzeczna, ulubienica mojej Pani Doktor. W najgorszych nawet sytuacjach nie reaguje nerwowo, nie wpada w panikę. To oczywiście tylko znak, że tym bardziej wymaga wsparcia i pomocy w chwilach trudnych. Matką jest w zasadzie równie wzorową, jak Clara, wszystkie dzieci zagarniałaby najchętniej dla siebie, muszę więc jej pilnować, bo wystarczy chwila nieuwagi, i z kojców sióstr podbierane są ich dzieci. Wcale nie takie przypadkowe, Raya zawsze wybiera sobie takie najładniejsze, i w kolorach, których sama urodzić by nie mogła :)

Vesper jest najmłodszą z dziewczyn, moją ogromną słabością, kolejnym klonem mamy Gatty. Vesper jest... jest źródłem wszelkiej maści uczuć, dobrych i złych, radości, że jest jaka jest, i lęków. Ma cudowny charakter, chociaż jest bardzo pyskata, po mamie burczy przy obcinaniu pazurków, po tacie też wzięła same najgorsze rzeczy :) Zadręcza nas codziennie, bezczelnie wpychając się na kolana, do łóżka, pod kołdrę, na głowę, na ręce, pod ręce, liże w nos, w oko, w najbardziej irytujące miejsca, gdy udaję, że jej nie zauważam, no bo przecież kiedyś spać trzeba, to wchodzi na głowę, i niezwykle umiejętnie wciska wąsy do mojego nosa. Nie pojmuję, jak to można tak sprytnie zrobić, no nie da się jej ignorować... Wydaje się też, że zerwała z zasadą, jakoby trikolorki w Agilisowie były drobne. Jest przysadzista, łapki są grube, jest moją ogromną nagrodą :) Vesper jest już DUŻA, ma trzy lata!

Biega jak piesek podobnie do Gatty, a ponieważ oczy ma okrągłe i zawsze z zadziwieniem otwarte, wygląda naprawdę komicznie :) Jej dzieci to wulkany energii, ale moim marzeniem jest wyprowadzić sobie po niej i Django potomka męskiego, może wreszcie uda się bikolor bez genu długiego włosa :)

Django jest równolatkiem Vesper, i budzi we mnie bardzo podobne emocje. Nie jest, niestety, podobny do Fado, chociaż pod pewnymi względami jest od niego lepszy. Ku mojej radości przenosi w dzieciach najcenniejsze cechy Fado, czyli grubokościstą, ciężką budowę. Mam nadzieję, że będzie dobrym ojcem, że zgra się z dziewczynami, i że wyrośnie przyzwoicie. Wydaje się być stabilny emocjonalnie, na swojej pierwszych wystawach zachował się bardzo dobrze, i mam nadzieję, że pokolenia spokojnych, wyważonych kocurów, które dobierałam w jego linii wydadzą owoce. Chciałabym, żeby był większy, ale wszystko mu wybaczam, bo z takim charakterem kot zawsze wybaczone ma wszystko :kotek: Django jest tylko 3 tygodnie młodszy od Vesper, czyli ma już trzy lata.

Wszyscy przezywają go różnymi okropnymi przezwiskami, a Django truchta radośnie, nie wysiedzi na miejscu nawet na moment. Jak na przykład otwieram ukochane puszeczki, to taka prababcia Borgia przysiada przy swoim talerzyku, i kulturalnie czeka. Przed Django mogę oczywiście też postawić talerzyk, ale to mu nie  przeszkodzi truchtać za mną, żeby sprawdzić, czy ja aby na pewno do tego talerzyka dotrę, bo może trzeba mnie zaprowadzić :) Bardzo przypomina mi swoją babcię Ino, rozczula mnie tym ogromnie, niestety, "czółkować do ręki" i wspinać się na palce do głaskania nie potrafi... Jest niezwykle komunikatywny, wlepia we mnie te swoje gały, i nie potrafię mu się na ogół oprzeć, jeśli chodzi o jedzenie, to jest najbardziej tuńczykowo rozpieszczonym łasuchem w moim domu....

Django Nero Agilis Cattus*PL

Najmłodszy w grupie jest łobuz Kokido, zamęczający bogu ducha winnego Fadusia. Uwielbia bawić się Fadusiowym ogonem... Kokido jest jak kojący plaster, wracamy do domu, patrzymy na niego, i ciepło rozlewa się na sercu. Został u nas z przypadku, bo jest koteczkiem z poważną wadą, i nie wyobrażam sie, kto mógłby chcieć opiekować się nim tak, jak on tego wymaga. Historię Kokidusia opisałam w jego prywatnej zakładce, tutaj nie będę się już powtarzać, mam jedynie nadzieję, że będzie z nami jeszcze długo i będzie nam pomagał wychowywać kolejne pokolenia Agilisowych dzieci. W tym roku kotek, który nie powinien żyć, kończy dwa lata :)

Pozostała jeszcze jedna dziewczynka, której obraz pielęgnuję w sobie bardzo starannie, bo jak już gdzieś kiedyś napisałam, w odchodzeniu najstraszniejsze jest zapominanie. Zapominamy tak naprawdę, jak ktoś wyglądał, jak się śmiał, jakie lubił dowcipy. Nawet, gdyby to miało boleć, nie chcę zapomnieć, bo przecież tyle było szczęśliwych chwil. Szczęśliwa jestem i wdzięczna za wszystkie pysie, które mi Ją przypominają. Inuszka skończyłaby w tym roku 7 lat.

 

Do góry