Koty są absolutnie fascynującymi zwierzętami. Bardzo szybko podbijają serca swoich opiekunów, nawet tych, którzy określają się jako zagorzali „psiarze”, o kotach mający mniemanie dość niskie. Sama zaliczałam się do tej grupy przed wieloma laty :) Prawda jest jednak taka, że przy bliższym poznaniu okazje się, że kotu wcale nie jest obojętna obecność człowieka, że przywiązuje się do swojego opiekuna, że tęskni za nim, że człowiek jest dla niego ważny, i to bynajmniej nie jedynie w kontekście codziennego napełniania misek. Nie jest to psia „stała gotowość”, ale wyciszona radość i wyraźne pragnienie przebywania w obecności ukochanego człowieka, gotowość do rezygnacji z drzemki w ulubionym fotelu tylko dlatego, że opiekun poszedł do kuchni, i trzeba za nim podążyć, radosne powitania w drzwiach, układanie się do snu na poduszce obok naszej głowy. To wszystko sprawia, że jeden kot bardzo szybko przestaje nam wystarczać. Wydaje nam się, że skoro nasz kot dużo czasu przesypia, to na pewno mu się nudzi, i potrzebuje towarzystwa. Opiekun często dochodzi do tego wniosku widząc, jak intensywnie kot ciągle doprasza się zabawy i uwagi. Decyzja o drugim, a potem trzecim i kolejnym kocie wydaje się prosta i logiczna. Prawda jest natomiast taka, że kot fizjologicznie przeznacza większość doby na sen, najczęściej jest to ten czas, kiedy jesteśmy w pracy, a gdy z niej wracamy, włącza się do naszego życia, i doprasza naszego towarzystwa dla nas samych, a nie z powodu tego, że nie ma w naszym domu drugiego kota. Drugi kot sprawi, że naszej uwagi będą się dopraszały już dwa :)

Zanim pomyślicie Państwo o kolejnym kocie, proszę zapoznać się z tym artykułem do końca, wyważyć wszystkie za i przeciw, i podjąć naprawdę mądrą decyzję, nie pod wpływem chwili i zobaczonego właśnie słodkiego kociaczka. Ta zakładka napisana jest nie z punktu widzenia hodowcy, ale z punktu widzenia kociego behawiorysty, którym jestem niezależnie od prowadzenia hodowli. Nie mam na celu zniechęcenia nikogo do dokocenia jako takiego (sama mam 9 kotów, i wiem, że można pogodzić więcej niż jednego w swoim domu), chcę tylko, żeby dobrze ocenić swoje szanse na udane dokocenie, i zrobić wszystko, żeby ułatwić kotom wspólne życie.

 

Koty, w przeciwieństwie do psów, nie są zwierzętami stadnymi, nie są zwierzętami społecznymi. Są zwierzętami terytorialnymi, co znaczy, że każdy „nowy” w naszym domu będzie dla nich intruzem. Instynkt terytorialny ma różną siłę u różnych kotów, dla jednych przestrzeń prywatna musi być duża, i nie są w stanie zaakceptować na niej nikogo innego, dla innych ogranicza się do poduszki na oknie bądź naszych kolan. W zależności od siły tego instynktu, nasz kot łatwiej bądź trudniej pogodzi się z „tym drugim”. W hodowlach bardzo starannie prowadzimy dobór na koty, które będą umiały odnaleźć się w grupie, żeby i w Państwa domach łatwiej było im przyjąć nowych domowników. Najlepszy jednak nawet dobór nie zmieni natury kota – kot jest zwierzęciem terytorialnym, i poza nielicznymi gatunkami, jak lew, nie żyje w grupach, ani tym bardziej w zorganizowanych społecznościach. Przybycie kolejnego kota ZAWSZE wywraca świat naszego pupila do góry nogami.

Co decyduje o tym, czy koty się zaakceptują? Nie ma, niestety, absolutnie jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Koty są niewolnikami zapachów, często nie są w stanie zaakceptować jakiegoś kota, bo wydziela na przykład za mało „przyjaznych” feromonów, generalnie nie pachnie drugiemu kotu pokojowo. Oczywiście nie mamy na te sprawy żadnego wpływu. Wiele z kotów, które nie były w stanie zaakceptować obecności innych kotów, i uchodziły za agresorów, miały w rzeczywistości poważnie uszkodzony bądź niedorozwinięty narząd Jakobsona, w którym normalnie znajdują się receptory kocich feromonów. Brak prawidłowego „odkodowania” zapachu drugiego kota budzi lęk, a za nim zawsze podążają zachowania agresywne. Na pewno źle rokują koty, które uciekają i chowają się pod kanapami, gdy przychodzą do nas goście. Kot nie ma obowiązku łasić się do każdego obcego, ale jako zwierz z natury ciekawski, na ogół przychodzi przynajmniej sprawdzić, kto przyszedł, i co przyniósł. Jeśli nasi goście o istnieniu kota wiedzą tylko z naszych zapewnień, jest to złe rokowanie co do dokocenia. Chyba, że nasze mieszkanie jest po prostu zbyt ubogie nawet dla tego jednego kota – może się okazać, że dorobienie przestrzeni nad podłogą sprawia, że kot nabiera pewności siebie, i zaakceptowanie „tego drugiego” staje się jak najbardziej realne. Więcej o organizacji przestrzeni, niezbędnej nawet przy jednym kocie, piszę w zakładce "Dom przyjazny dla kota".

 

Przede wszystkim, przed powiększeniem naszej kociej rodziny zastanówmy się, czy podołamy finansowo. Odsyłam do zakładki „Koszty utrzymania kota”, chociaż przy założeniu, że obecną zakładkę czytają osoby, które już kota mają, teoretycznie nie powinno być to potrzebne. Oczywiście najczęściej nie jest tak, że przy drugim kocie koszty utrzymania podwajają się matematycznie, nie jest to wzrost o 100%, ale o jakieś 70-80% na pewno. Koszty zużycia żwirku, szczepienia czy badania okresowe to wydatki „sztywne”, i one się zwyczajnie podwajają, tutaj żadna oszczędność nam się nie przytrafi. Z jedzeniem już tak na ogół nie jest, drugi kot niejednokrotnie zmniejsza nasze straty, bo dojada to, czego nie chciał jeść ten pierwszy. Trzeba jednak liczyć się z tym, że niekiedy koszt ten się podwoi, albo okaże się, że nasz nowy kot będzie w utrzymaniu droższy od tego pierwszego (inna karma, inny sposób żywienia, jakaś szczególna dieta). Nad tym jednak nie będę się rozwodzić, zainteresowanych odsyłam do „Kosztów utrzymania kota”.

Najważniejsze jest zapanowanie nad poprawnymi relacjami pomiędzy kotami. Żeby zapewnić więcej niż jednemu kotu dobre samopoczucie, musimy z każdym kolejnym kotem dostawić kuwetę, a ilość atrakcyjnych z punktu widzenia kota legowisk, to według mnie ilość kotów x 3. To nie znaczy, że mamy dokupić kilka drapaków, chodzi o udostępnienie bądź dostosowanie dodatkowych legowisk, półeczek, lub już istniejących miejsc w obrębie naszych mebli (góra szafy, czy kredensu), najlepiej, jeśli udałoby się wkomponować wszystko w jakieś logiczne ciągi, po których kot mógłby się przemieszczać bez dotykania podłogi. Są to absolutnie podstawowe sprawy, koty muszą mieć możliwość oddzielenia się od siebie, i bezkolizyjnego mijania się w naszym domu. Oczywiście najbardziej cieszy, gdy leżą blisko siebie, ale to raczej wyjątek niż norma, a często tak naprawdę nie świadczy wcale o wzajemnej miłości kotów, a o upodobaniu tego samego miejsca i braku drugiego, równie atrakcyjnego. Poznamy to po tym, że dość szybko jeden z kotów opuszcza wspólne legowisko. O tym, jak rozplanować przestrzeń, dowiecie się Państwo ze wspomnianej już wyżej zakładki „Dom przyjazny dla kota”.

 

Teraz najważniejsza sprawa, czyli zabawa. To, że nasz kot się nudzi, może oczywiście być prawdą. Podkreślam jednak, że to my jesteśmy odpowiedzialni za zagospodarowanie czasu naszych kotów, nieważne, jednego, dwóch, czy trzech. Znudzony kot oczywiście zacznie się bawić kosztem tego drugiego, jeśli będzie od niego silniejszy. Piszę celowo „kosztem”, ponieważ koty zasadniczo nie bawią się razem, pomijając kocięta, nie potrafią „udawać”, w przypadku kontaktu fizycznego zawsze pojawia się pokusa „zapolowania”, co jest ogromną przyjemnością dla „polującego”, i źródłem równie ogromnego stresu dla „upolowanego”. Kocięta też tego nie potrafią, ich zabawa potrafi być brutalna, i ja osobiście nawet maluchom na takie zapędy nie pozwalam. Większość ludzi uważa, że koty bawią się podobnie, jak psy, w zapasy, przewracając się i turlając. Nie jest to jednak prawdą, psy wiedzą, że to „udawanie”, nie fruwa przy takich zabawach futro, nawet nie zaciskają szczęk na sobie, po prostu, jako zwierzęta społeczne, znają „zasady gry”. Koty to koszmarnie poważne stworzenia...

Dorosłe koty się nie bawią, nie w takim znaczeniu, o jakim myślimy, jedyna zabawa, jaką znają koty, to ta w polowanie i upolowanie. To na pewno jest zabawne, ale jedynie dla polującego. Wiem, że ze swoimi poradami w tym względzie jestem w mniejszości, wiem, że pokutuje mit o docieraniu się kotów i "ustalaniu hierarchii", ale jak sama nazwa mówi, jest to mit. O zabawie dorosłych kotów możemy mówić, dopóki nie dochodzi między nimi do kontaktu fizycznego. To znaczy jeden goni, goniony, gdy już się przestraszy, że może to jednak nie na niby, zatrzymuje się i odwraca - jeśli goniący również się zatrzyma, jest dobrze, niekiedy koty zamienią się rolami, pogonią w drugą stronę, i znów na taki sam znak zatrzymają - to jest w porządku. Gdy goniący się nie zatrzyma, skoczy na gonionego, przygniecie go do ziemi, kończy się obszar zabawy, a zaczyna prawdziwa próba sił. Gryzienie, szczególnie po łapach, nie jest już, niestety, żadną zabawą. W każdym razie nie dla gryzionego. I nie ma tu znaczenia, że "krew się nie leje". To już JEST agresja. Na gryzienie nie wolno pozwalać. To jest zabawne jedynie dla gryzącego.

Jeszcze raz powtórzę, że kot bawi się jedynie w polowanie. To znaczy, że zabawa jest przednia, dopóki któryś z nich zgadza się być ofiarą. W pewnym momencie ofiara mówi "Stop", jeśli "drapieżnik" tego nie słucha, mamy bójkę. Zazwyczaj niestety, nie słucha, tak jest nakręcony świetną, jak dla niego, zabawą. Każda ganianka to potencjalna bójka, o ile jej nie kontrolujemy. Chyba, że mamy szczęście, i oba koty nie nakręcają się za bardzo. Niestety, to rzadkość, instynkt polowania jest u kota tak silny, że najczęściej nie jest on w stanie przerwać tego, co behawioryści określają „łańcuchem łowieckim” (zaczajenie się ==>> wypatrzenie ofiary ==>> skok i pogoń ==>> schwytanie ==>> „zabicie”, czyli zaciśnięcie szczęk na ofierze), i nie jest to nic złego, to po prostu kocia natura. Są koty uważne, które szanują swoje granice, i nigdy się nie nakręcają na tyle, żeby się nie zatrzymać, gdy goniony się zatrzyma, ale powtarzam, to bardzo rzadkie przypadki. Naszym kotom możemy pomóc, organizując odpowiednio otoczenie, czyli jeśli goniony może gdzieś wskoczyć, schować się, itp, to często naturalnie "wygasza" pościg. Lepsze są półeczki od budek, bo po wskoczeniu przez gonionego do takiej zamkniętej kryjówki może się okazać, że polujący uzna to za świetny obrót zabawy, można teraz zapolować "przez dziurę", co dla zablokowanego kota jest ogromnym stresem.

Przyrównując to do naszego, ludzkiego świata, to jak zabawa w berka, jeśli dobiegniemy do czegoś tam i krzyczymy "Zamawiam!", goniący ma się zatrzymać, nie wolno mu już nas złapać. Wyobraźcie sobie, że tego nie robi. Co Państwo czujecie i jak się zachowujecie? Dla większości kotów polowanie jest tak fajne, że nie słyszą tego "Zamawiam". Jeśli "wybiegamy" je z zabawką, oczywiście jest dobrze, bo instynkt "mordowania" jest zaspokojony. Wybawiamy, po solidnym wybawieniu karmimy, i... mamy szansę nawet na chwilę czułości w postaci wzajemnego wylizywania się, bo po jedzeniu jest mycie. To są te chwile bliskości, na które koty sobie pozwalają, jak przyjście do nas na mizianki, jedne na więcej, inne na mniej.

W przypadku większej ilości kotów powinniśmy mieć zawsze pod ręką wędkę, piórka, coś, co w przypadku utraty kontroli nad zabawą przez same koty, pozwoli nam przekierować uwagę „drapieżcy”, i dokończenie „polowania” właśnie na zabawce. Trzeba tylko pamiętać, żeby kot miał możliwość schwytania i „zabicia” swojej ofiary, do wybiegania świetny będzie więc laserek, ale kończąc porcję zabawy, powinniśmy zmienić zabawkę na coś materialnego, co kot może złapać zębami. Po takiej porcji aktywności obowiązkowo karmienie, i kot jest szczęśliwy.

Wybawienie więcej niż jednego kota jest już sztuką. Koty zazwyczaj stosują się do zasady "kto przy piłce, ten ma fory". Przy normalnych układach wymieniają się zabawką, najpierw jeden kot bawi się piórkami, drugi - trzeci patrzą, trzeba zabawką "odjechać" od pierwszego, podsunąć drugiemu, jeśli podejmie zabawę, wtedy na chwilę "wyłącza się" ten pierwszy. I tak na przemian.

Jeśli w grupie panują jakieś animozje, wtedy kot, który z jakiegoś powodu nie lubi tego drugiego, nie włącza się do takiego łańcucha, ewentualnie irytuje się, że ten drugi kot też się włącza, i taki kot nie bierze udziału w całym układzie. Trzeba się z nim bawić osobno, albo bardzo umiejętnie z grupą, ale uniemożliwiając zbyt bliski kontakt. Nadal niejako osobno. To jest trudne, bo koty "bez oporów i much w nosie" po odczekaniu kolejki podbiegają i próbują przejąć pałeczkę, co znów wywołuje irytację u malkontenta. Ważne jest przenoszenie zabawki od kota do kota - jeśli to jest laserek, sprawa jest prostsza, po prostu wyłączamy go - to ważne, chodzi o to, żeby żaden kot za nim nie pobiegł - i włączamy w pobliżu kota-odludka. On się bawi, najczęściej to taka sama zabawa jak i kot, wiecie Państwo, leżenie w jednym miejscu i pacanie łapkami. Jeśli trwa to za długo, i zauważacie Państwo płonące z pożądliwości oczy pozostałych, przenosicie laserek do ich właścicieli, tym razem nie trzeba wyłączać, ale uwaga - jeśli maruda się ruszy, przeganiamy ją w stronę jakąkolwiek, nawet innych kotów, ale natychmiast zawracamy i osadzamy w odległości od nich bezpiecznej, nie zatrzymujemy marud w pobliżu kotów, których nie lubi!

Przy piórkach jest trochę trudniej, ale do zrobienia, trzeba je wysoko poderwać do góry, poza zasięg kocich łap, i na takiej wysokości szybko przenosimy do malkontenta. Jeśli wędka będzie odpowiednio wysoko, koty natychmiast za nią nie ruszą, a jak zobaczą piórka przy łapach innego kota, przez chwilę zadziała "zasada piłki". Reszta jak wyżej.

Koty-marudy najlepiej wybawić osobno, są wtedy szczęśliwe i podrygują jak kociaki - u mnie takim kotem jest Borgia. Przy kociętach wybawiam Borgię osobno. Jak już nie ma kociaków, osobno i razem. Jeśli razem, bardzo pilnuję, żeby upolować moment, kiedy inne kotki już nie chcą czekać na swoją kolejkę, wtedy przenoszę zabawkę (piórka, laserek) do pozostałych kotek, chwila ganianek NIE W POBLIŻU BORGII - to bardzo ważne, żeby koty nie przebiegały za blisko takiego marudy - po czym znów przenoszę zabawkę do Borgii.

Przy kociakach będzie trudniej, bo kocięta rzadko stosują się do zasady wymiany - pędzą na łeb na szyję, gdzie się da, i nie dają oddechu. Dwa kocięta w jednym wieku nie stanowią problemu, ale już układ, jaki najczęściej mamy przy dokoceniu, czyli dorosły kot – kociak, to spore wyzwanie. Trzeba próbować, na początek najlepszy chyba będzie laserek, włączamy go, odprowadzając kociaka najdalej jak się da, wyłączamy, przenosimy, włączamy przy łapach kota dorosłego - jak kociak się zorientuje, i rusza na światełko, NATYCHMIAST zabieramy dorosłemu i zawracamy kociaka, laserkirem oczywiście, w kąt, i wracamy z wyłączonym do dorosłego. Jest spora szansa, że po wielu takich próbach "pacnie" światełko chociaż raz, a jak się zorientuje, że jest w stanie "bawić się" przy tym małym potworze, może uda się skracać dystans.

Innym elementem wspólnego życia kotów jest karmienie. Idealnie jest, jeśli koty dostają jedzenie na osobnych talerzach/miskach. Często jest tak, że koty bez problemów jedzą z jednego, odpowiednio dużego talerza bądź tacy. Nam, właścicielom, jest wtedy łatwiej, bo mamy mniej naczyń do mycia :) Ale trzeba pamiętać o tym, że największym komfortem dla kota jest posiadania własnej, odrębnej przestrzeni, również przy jedzeniu. U mnie Raya, Perla, Gatta i Arabica to kotki, które jedzą zgodnie z jednej dużej tacy. Borgia i Negra wymagają osobnych nakryć :) Borgia ustępuje absolutnie wszystkim przy miskach, czeka cierpliwie, aż wszyscy zjedzą. Jak mam kocięta, i wiem, że się zwyczajnie nie doczeka, karmię ją zupełnie osobno. Przy dorosłych kotkach podaję jej jedzenie z innymi, ale na osobnej miseczce - jest talerzyk Borgiowy, jest dla Negry, i duży półmisek dla pozostałych. Oczywiście stoję nad nimi z miną Ostatniej Sprawiedliwej, i nie pozwalam na przejście do Borgiowej miski. Jak tylko któraś z kotek podnosi tylko głowę i tęsknie spogląda na TAMTĄ miskę, słyszy "Nie".

 

Zaakceptowanie natury kota takiej, jaką jest, jest bardzo ważne dla ich dobrostanu i dobrego samopoczucia. Wiem, że koty są cudowne, że na jednym na ogół się nie kończy, wiem, że nasze serca są niezwykle pojemne. Kocie serca tak pojemne nie są, i trzeba im trochę pomóc. Posiadanie większej ilości kotów to więcej obowiązków dla nas, obowiązków bardzo miłych, ale trzeba pamiętać, że drugi kot nie jest żadnym panaceum na nudę pierwszego kota. Chyba, że jeden kot ma być zabawką dla drugiego. Jeśli jesteście Państwo gotowi na takie wyzwania, na to, że teraz więcej kotów będzie Was budzić nad ranem, że być może tupot ganiających się łapek będzie głośniejszy, niż można było sobie wyobrazić, to jesteście zapewne gotowi na powiększenie rodziny o kolejnego kota.

Jak zawsze, napiszę coś z własnego podwórka. Na wspólnym terenie na stałe mam 7 kotów (Fado z przyczyn oczywistych nie jest razem z kotkami, Clara z przyczyn różnych też nie, ona nie potrafi żyć blisko innych kotów), i nie ma między nimi zabaw z kontaktem, poza kociętami, ale one muszą się jakoś nauczyć, że ugryzienie boli, że jak ktoś piszczy, to trzeba go puścić, itp,. i kocięta nie boją się, że coś im się stanie. Ale nawet kociętom nie pozwalam na zbyt długie zapasy, i jeśli widzę, że ktoś bardzo, ale to bardzo chce mordować, biorę wędkę, i go wybawiam. Przy okazji też cała resztę, bo kocięta, w przeciwieństwie do dorosłych kotów, nie ustępują sobie w pogoni za piórkami. Koty dorosłe ganiają się u mnie często po półkach, ale nie dopuszczam do kontaktu. Teraz już nawet nie muszę tego pilnować, bo nie nabrali złych nawyków. Gdy tylko słyszę ganiankę, jestem przygotowana, wędki na długich drucikach mam zawsze pod ręką, i gdy zobaczę błysk mordu w czyichś oczach, natychmiast przekierowuję jego uwagę na zabawkę, i wybawiam do utraty tchu. Koty uczą się tak szybko, że nawet, gdy nie mogę natychmiast wziąć zabawki, a widzę, że krew w żyłach ruszyła, wystarczy, że zawołam mię kota, i jest "zastopowany", co daje obojgu chwilę oddechu i opamiętania. Nie wiem, co to futro na podłodze, a koty nie mijają się, stale kontrolując nawzajem swoje ruchy. No może z wyjątkiem układu Gatta-Borgia, one są stałe w uczuciach, ale w tej chwili mają tyle ścieżek, na których się nie mijają, że spojrzenia spode łba trafiają się bardzo rzadko. I na spojrzeniach się kończy :) Wzięcie drugiego kota nie zwalnia nas z obowiązku zabawy, w przeciwieństwie do udzielanych w różnych miejscach beztroskich rad, że drugi kot rozwiąże problem nudy tego pierwszego; wręcz przeciwnie, tym bardziej musimy im ją zapewnić, żeby nie bawiły się swoim kosztem. Niestety, wiele osób nie widzi tego kosztu, wydaje im się, że skoro nie leje się krew, to jest OK.

Tolerowanie nieprawidłowych zachowań sprawia, że zostają one utrwalone, a potem piszecie Państwo do mnie listy z prośbą o pomoc w rozwiązaniu problemu nagłej i niespodziewanej zmiany stosunków między kotami. W przypadku ogromnej większości tych listów okazywało się, że zmiana nie była ani nagła, ani niespodziewana, była jedynie eskalacją tego, co właściciele oglądali na co dzień, a co lekceważyli, bo przecież "krew się nie lała". Prawda jest taka, że jak już się leje, to jest naprawdę bardzo źle. Szansę na zmianę mamy dopóki do tego nie dopuścimy. Bo nawet, jeśli się nigdy nie poleje, bardzo trudno jest nam potem dostrzec związek pomiędzy kotem żyjącym w stałym napięciu, czy ten drugi mnie zaraz zaczepi, czy dziś da mi spokój, a jego różnymi, nawracającymi, trudnymi do wytłumaczenia problemami zdrowotnymi. Życie w stałym napięciu jest źródłem wielu schorzeń i problemów, o czym dokładniej piszę w zakładce o stresie i jego skutkach.

 

Jak wprowadzać kolejnego kota

 

Na pewno wiele osób mogłoby przedstawić wiele scenariuszy wprowadzania nowego kota, od banalnych, typu "wypuściłam, i było dobrze", po kilkutygodniowe, żmudne przyzwyczajanie kotów do siebie. Ja uważam, że trzeba być przygotowanym na te najtrudniejsze scenariusze, jeśli poszczęści nam się, i znajdziemy się w grupie tych, którzy dokocenie przeszli w sposób niezauważalny, po prostu będziemy się cieszyć.

1. Na dokocenie trzeba wybrać okres, kiedy nasz kot rezydent jest w doskonałym zdrowiu i kondycji psychicznej. Nie powinno się wprowadzać nowego kota krótko po przeprowadzce, jakichś gwałtownych zmianach w naszym domu, krótko po urodzeniu dziecka, po kastracji rezydenta, po powrocie z wakacji, na których byliśmy z naszym rezydentem, itp. Spotkanie z drugim kotem to zawsze spotkanie z inną florą bakteryjną, innymi szczepami wirusów, które każdy z kotów nosi na sobie już "oswojone". Dla drugiego kota ten zestaw jest zupełnie obcy, zarówno ten należący do rezydenta, jak i ten wnoszony przez "nowego". W sytuacji, kiedy spotkanie z "tym drugim" jest zawsze źródłem stresu, za czym błyskawicznie idzie spadek odporności, nietrudno o infekcje, i wcale nie znaczy to, że któryś z kotów jest chory; najczęściej oczywiście takie oskarżenie pada pod adresem "nowego", bo przecież do jego przyjazdu wszystko było dobrze. Przyrównałabym to do naszego wyjazdu na przykład do Egiptu, w którym po wypiciu nieprzegotowanej wody jesteśmy chorzy, niejednokrotnie naprawdę ciężko, a przecież mieszkańcy korzystają z niej na co dzień, i są jak najbardziej zdrowi. Nasze koty też muszą przywyknąć do swoich zestawów drobnoustrojów, dlatego tak ważne jest, żeby były w jak najlepszej kondycji. Ważne jest też budowanie odporności, czyli już na tydzień przed planowanym dokoceniem podajemy rezydentowi Immunodol i lizynę, i kontynuujemy miesiąc po przybyciu "nowego". Oczywiście to samo dotyczy nowego kota, bo i on zderzy się z nieznanym sobie światem drobnoustrojów. Stres związany ze zmianą domu, nowym kotem, poczuciem zagrożenia u rezydenta, to czynniki niezwykle sprzyjające zachorowaniu.

 

2. Dobrze jest zaplanować sobie na ten czas kilka dni wolnego. Odradzam wypuszczanie nowego kota "na żywioł", i czekanie, aż koty "same się dogadają". Złe zachowania, których możemy się spodziewać na początku, są normalne, i nie świadczą źle o żadnym z kotów, ale ich utrwalenie jest niebezpieczne. Koty mogą na siebie syczeć, jeżyć się, nawet warczeć. Dopóki straszenie kończy się właśnie na takich bezkontaktowych zachowaniach, nie ingerujemy, mówimy do kota zwyczajnie, jak zawsze. Reagujemy i oddzielamy koty, jeśli obserwujemy zachowania takie jak zapędzanie w kąt, pilnowanie kuwety, polowanie przy kuwecie na wychodzącego z niej kota, ataki łapami. W takim przypadku bardzo starannie dozujemy kontakty pomiędzy kotami, oddzielając je na większość dnia, a już na pewno na czas, kiedy nie ma nas w domu.

 

3. Naszym kotom na pewno pomogą syntetyczne feromony, na przykład Feliway wpięty w gniazdko; to spora inwestycja, ale bardzo pomaga, szczególnie rezydentowi (dokacamy się zazwyczaj kociakiem, a te bardzo szybko odnajdują się w nowym otoczeniu). Można też zakupić obróżki anystresowe, ale trzeba się zastanowić, czy nasz kot ją zaakceptuje, bo może się okazać, że sama obróżka będzie dla niego na tyle irytująca, że zamiast wyciszyć, jeszcze pogorszy sytuację.

 

4. Doskonałą pomocą w oswajaniu kotów mogą okazać się... kartony. Kartony poustawiać trzeba w pokoju, w którym przebywamy my i koty, do góry dnem, ze dwa-trzy co najmniej. W kartonach trzeba wyciąć po dwa albo trzy otwory, żeby można było z nich spokojnie wyjść, i szparki przy podłodze, żeby zmieściły się łapki. Więcej niż jeden otwór to konieczność, żeby karton nie stał się pułapką dla kota, który do niego wejdzie, a drugi będzie na przykład zaglądał za nim. Ten pierwszy musi mieć możliwość wyjścia innym otworem. Szpary przy podłodze będą kusiły do zabawy "w łapki", umożliwią naprawdę bliski kontakt, ale nie pozwolą na przemoc. Kartonów musi być kilka, jak z każdym innym "dobrem", bo jeden stanie się kolejnym "punktem sporu".

 

5. Pamiętajmy, żeby naprawdę dużo czasu poświęcać rezydentowi. Nowy kot jest jak nowe dziecko w rodzinie, uwaga wszystkich na ogół skupia się właśnie na nim, każdy bawi się i zachwyca nową, rozkoszna kuleczką. Tak naprawdę nasza uwaga musi być skierowana przede wszystkim na rezydenta, nie w sposób jakiś szczególny, ale właśnie z zachowaniem jego stałych, rutynowych zajęć i upodobań. Przybycie nowego kota jest właśnie wywróceniem uporządkowanego i doskonale ułożonego życia, tak z punktu widzenia naszego rezydenta, i powinniśmy zrobić wszystko, żeby uznał, że jego życie może się nadal toczyć tym samym rytmem, tyle, że obok będzie ktoś jeszcze. Podobnym przeżyciem dla kota, sprawiającym, że czuje się zagrożony, jest bardzo często przyjście na świat dziecka.

 

6. Przenoszenie zapachów - to w przypadku trudnych dokoceń. Jeśli relacje pomiędzy kotami są tak napięte, że muszą one być separowane w osobnych pokojach, wymiana ich posłanek, kocyków, puf, na których lubią leżeć, może okazać się bardzo pomocna. Koty oswajają się z zapachem "tego drugiego", a równocześnie, leżąc na przemian na swoich legowiskach, przesiąkają nawzajem swoimi zapachami.

 

Nie należy wypuszczać kotów "na żywioł", na zasadzie, że "same mają się ze sobą dogadać". Koty na początku należy rozdzielać, pierwsze, kontrolowane spotkanie powie nam bardzo dużo na temat tego, jaką techniką przeprowadzić dokocenie. Jeśli rezydent jedynie obserwuje "intruza", można pod kontrolą robić takie właśnie bezpośrednie zapoznawcze sesje, po których dobrze jest rozdzielić, koty, żeby od siebie odpoczęły, a emocje opadły. Jeśli rezydent nie kojarzy źle transportera, można go na jakiś czas w nim zamknąć, koniecznie postawić na wysokim meblu (nie na podłodze!), żeby kot miał dobrą widoczność, i pozwolić zapoznać się z otoczeniem nowemu kotu. Rezydent będzie mógł się bezpiecznie przyglądać, obserwować "nowego". Oczywiście to krótka sesja jedynie, nie zamknięcie za karę :) Bardzo często po takim dokładnym obejrzeniu intruza z wysokości, rezydent podchodzi do całego zamieszania znacznie spokojniej.

Jeśli jednak kontrolowane spotkania kończą się próbami ataku, wyraźnym polowaniem, koty rozdzielamy, i zapoznajemy przez drzwi, bądź przez zamontowaną w drzwiach odpowiednio wysoką barierkę, początkowo zasłoniętą, żeby koty się nie widziały, a jedynie słyszały. Karmienie po obu stronach takiej barierki, początkowo bez widoczności, jest bardzo dobrym sposobem dla kotów na oswojenie się z myślą, że gdzieś tu blisko jest ten drugi. Kotów nie łączymy, dopóki nie potrafią patrzeć na siebie po zdjęciu zasłony, przy barierce oczywiście - dlatego idealnie jest, jeśli zrobiona jest np. z pleksi, którą na początku zasłaniamy. Oczywiście w ostateczności rolę takiej bariery mogą pełnić drzwi, ale są one trochę zbyt "zdecydowanym" oddzieleniem, nie pozwalają na dozowanie kontaktu, i dobrze jest jednak wymyślić coś bardziej funkcjonalnego na czas dokocenia, czegoś, co pozwoli na oddzielenie kotów, ale też stopniowe oswajanie ze swoim widokiem.

 

Dokocenie to proces trudny również dla samych opiekunów, i swoją odporność psychiczną na stawienie czoła naprawdę nieprzyjemnym momentom też trzeba wziąć pod uwagę przy decyzji o wzięciu pod swój dach drugiego, bądź kolejnego kota. Nowy domownik to zawsze poczucie zagrożenia u rezydenta, który w początkowym okresie bardzo często odsuwa się od opiekunów, porzuca swoje dotychczasowe rytuały, przestaje przychodzić na kolana, do łóżka, niejednokrotnie syczy i warczy na ukochanego człowieka, nie rozpoznając go, przesiąkniętego obcymi zapachami. Okres odbudowy poczucia bezpieczeństwa jest niekiedy długi, i poczucie porzucenia, z jakim muszą zmierzyć się opiekunowie, jest dla nich niekiedy nie do udźwignięcia.

 

Trzeba również mieć świadomość, że dokocenie MOŻE SIĘ NIE UDAĆ. Są koty, które nigdy do końca nie pogodzą się z innym kotem na swoim terenie, i należy wtedy umieć pogodzić się z tym faktem, dla dobra samych kotów. Koty zmuszone do życia obok siebie, wbrew swojej woli, oczywiście się nie pozabijają. Będą wegetować w stałym lęku, jak człowiek w nieudanym związku, którego skutkiem na dłuższą metę jest jedynie smutek, depresja, i choroba. To sytuacje niezwykle rzadkie, bo większość kotów uczy się życia w grupie, niektóre potrafią nawet nawiązywać wyraźnie przyjaźnie z jakimś wybranym kotem. Nie zmuszajmy ich jednak do życia pod jednym dachem, jeśli z jakiegoś powodu nie dotyczy to naszych kotów. Ja również mam kota, który nie żyje z grupą, bo nie jest w stanie tolerować bliskości innych dorosłych kotów, nawet urodzonej przez siebie, i wychowanej z wielką miłością i czułością, córki.

 

 

I jeszcze mój mały, prywatny apel :)

Proszę zawsze bardzo dokładnie zastanowić się przed wprowadzeniem do domu drugiego, a już podwójnie zastanowić się przed wprowadzeniem każdego kolejnego kota do naszego domu. Nie należy robić tego pod wpływem namawiania przez znajomych, że drugi kot rozwiąże problem nudy tego pierwszego, że koty są takie fajne, niekiedy sami lekarze zalecają drugiego kota "do towarzystwa". Lekarze weterynarii nie są behawiorystami, na temat zachowań kotów wiedzą na ogół niewiele (chyba, że ktoś przy okazji behawiorystą jest, ale takich połączeń na palcach jednej ręki), i nie mam do nich o to pretensji, bo są od innych rzeczy. Hodowcy też z definicji behawiorystami nie są, poza kilkoma osobami, które cokolwiek się na ten temat szkoliły. Na forach wypowiadają się często jedynie te osoby, które wypowiadać się chcą, co nie jest żadnym gwarantem, że to, co mówią, ma jakąś wartość.

W związku z powyższym nie mogę pogodzić się z tym, jak wiele kotów po prostu żyje w stresie, bo opiekunowie często nie chcą przyjąć do wiadomości faktów na temat ich natury. Bo jak nie leje się krew, to znaczy, że jest w porządku. Że jak się ściskają w jednym legowisku, to łatwiej się zachwycać, i pisać o jakiejś abstrakcji pod tytułem kocia miłość, zamiast zapewnić kotom drugie stanowisko, i pozwolić im na spokojny wypoczynek. Że jak nie warczą, to znaczy, że nic się nie dzieje.

Koty są na ogół bezgłośne, jak robią się głośne, to po prostu jest już fatalnie. Nie używają też, bez "postawienia pod ścianą", całego swojego arsenału, bo są świadome swoich możliwości, i wiedzą, że jeśli posuną się za daleko, to w odpowiedzi otrzymają to samo, a nikt nie chce być naprawdę pogryziony czy podrapany. Zawsze podkreślam, że w trakcie tego, co tak beztrosko określane jest jako "zapasy", jeden kot ma oczywiście doskonałą zabawę, bo zaspokaja swoją potrzebę polowania i "mordu". Drugi kot ma już tej zabawy mniej, o ile nie wcale. Dla kota "ciemiężonego" przerwanie takiego łańcucha jest bardzo trudne, nie może po prostu odbiec, bo wie, że to sprowokuje pogoń, nie bardzo ma jak się "odgryźć", bo jest słabszy/mniejszy/mniej przebojowy po prostu. Więc trzymają się koty w takim szachu, i gnębiony czeka, aż się to skończy. Jeśli jest to kociak, szybko znów będzie go rozpierać energia, i pragnienie zapolowania będzie silniejsze. No i jest to dla niego trening - w końcu urośnie, i "ciemiężyciela" może spotkać niespodzianka. Zabawa jest ogromną przyjemnością dla obojga, jeśli odbywa się bez kontaktu fizycznego, polega na wzajemnym, zamiennym ganianiu się bez "napadania".

Trzeba być wobec siebie, i kotów, uczciwym. Jeśli sprawiamy sobie drugiego kota, to przestańmy opowiadać bajki, że to dla tego pierwszego, żeby miał towarzystwo. Robimy to dla siebie, żeby mieć drugiego kota, innego, który na przykład da nam to, czego nie dał ten pierwszy. I nie ma w tym niczego złego. Możemy mieć i dwa koty, i trzy. Ja na jednym terenie mam w tej chwili 7. Nie ma mowy o żadnych zapasach, to dla mnie zachowanie nie do przyjęcia. Muszę poświęcać im ogrom czasu, żeby dały upust swoim instynktom, i więcej kotów to dla mnie więcej napięcia i stałego uważania. Moje koty nie są jakieś inne, też by chciały pomordować. Jak widzę, że Raya przeciąga się, i rozgląda z takim charakterystycznym spojrzeniem, to wiem, że czas włączyć laserek, i wyganiać ją tak, żeby aż język zwisł jej do podłogi. Jak widzę, że któraś z kotek zaczyna z zainteresowaniem patrzeć na swoje dzieci, ale takim bardzo szczególnym, to wiem, że czas na wędki. Kotki potrafią fantastycznie bawić się swoimi dziećmi, NIGDY żadna nie zrobiłaby m krzywdy, ale zapewniam, żadne z tych kociąt nie jest wtedy szczęśliwe. Ja kiedyś też słuchałam porad hodowców i przypadkowych ludzi z forów, których uważałam za jedyne źródło mądrości, i pozwalałam na "docieranie się"; na szczęście słuchałam tych "porad" bardzo krótko, bo uczucia podpowiadały, że okrągłe z przerażenia oczy, czy napięte, przycupnięte ciała, to nie może być objaw radości. Zdrowy rozsądek nie pozwalał mi zobaczyć nic zabawnego w zapasach pomiędzy Clarą a Borgią, a przecież to matka z córką. To były wtedy jedyne koty, u których takie rzeczy się u mnie zdarzały, i dla mnie był to widok nie do zniesienia. I też bezgłośnie, bez warczenia, potem jedzenie obok siebie. Jak w małżeństwie, w którym jednego dnia żona dostaje garnkiem po głowie, a drugiego idą razem na imieniny do znajomych, i wszyscy podziwiają, jaka to zgrana i dobrana para. Nikomu nie życzę takiego związku.

Można poczytać sobie artykuł taki czy inny, i poczuć się dokształconym. Prawda jest taka, że artykuły te piszą osoby o bardzo różnym przygotowaniu. Mało tego, to osoby, które często uważają, że już wszystko świetnie opanowały. Nie chcą współpracować z hodowcami, niejednokrotnie uważając ich za niedokształconych, chciwych ludzi nastawionych na zysk. Behawiorystyka jest moją wielką pasją, i zmaganie się z nowymi zagadkami zadawanymi mi przez moje czy Państwa koty w ramach prowadzonego przeze mnie poradnictwa sprawia mi wiele satysfakcji. Stale się dokształcam, bo nie mam patentu na rację, ale też nauczyłam się podchodzić do rad udzielanych przez innych, których edukacja opiera się jedynie na kursach internetowych i przeczytanych książkach, często już nieaktualnych, z dużą rezerwą. Byłam kiedyś na szkoleniu, z nadzieją na nauczenie się czegoś nowego na temat socjalizacji kociąt, i rzeczy, które tam usłyszałam, przyprawiły mnie o gęsią skórkę. Prowadząca prawiła swoje mądrości na podstawie jednego miotu dzikiej kotki odchowanego na balkonie, sztuk chyba 5, albo 4. Jedne z moich najgorzej wydanych pieniędzy.

Ja rozumiem, że wiele osób nie chce słuchać porad tych, którzy faktycznie obserwują koty, słuchają ich, i wyciągają wnioski, a nie na siłę dopasowują kocie zachowania do psów, bo najczęściej porady te nie należą do uspokajających, a raczej stawiają wymagania. Łatwiej jest na tłumaczenie, że prawdziwa zabawa to zabawa bez kontaktu odpowiedzieć "ale moje się lubią poszarpać", i przejść nad wszystkim do porządku dziennego, nie chcieć widzieć kociego życia w lęku i permanentnym stresie. Łatwiej jest ciągać kota po weterynarzach i leczyć na niewytłumaczalne choroby, przyjmując, że to kot taki chorowity, i tak już ma, zamiast dostrzec brak odpowiednio dostosowanego otoczenia, dostrzec fakt, że piękne i puste mieszkanie będzie dla kota jedynie źródłem stałego lęku, miejscem, w którym nie ma się gdzie ukryć, nie można się nigdzie wspiąć, nie można opracować sobie "mapy terenu", tylko stale trzeba żyć w napięciu. Trzeba by przecież zburzyć wypracowany starannie przez jakiegoś dekoratora wnętrz plan, który NAM się miał podobać. 

Najczęstszym określeniem, jakie pada, to że "on/ona nie jest wcale zestresowany/zestresowana, normalnie się zachowuje, je, i w ogóle." Kto z nas pokazuje, jaki jest zestresowany? Na jakiej podstawie osoba bez przygotowania potrafi określić, czy ktoś jest zestresowany, i w jakim stopniu? Jak przed laty czekałam na wynik badania w kierunku nowotworu, to myślałam, że umrę. Każdego dnia ubierałam na twarz uśmiech, szłam do pracy, wchodziłam do klasy, i słuchałam swoich uczniów, uśmiechałam się do nich, opowiadałam dowcipy, żeby podnieść na duchu tych, którzy mieli problemy. Jestem introwertykiem, mam naturę kota, nie lubię opowiadać o swoich problemach, więc na przerwach śmiałam się i "integrowałam" z innymi. Potem wracałam do domu, na twarzy uśmiech nr 1, bo przecież dla moich dzieci, które mają spokojnie sobie żyć i cieszyć z mojej obecności, więc nie mogą oglądać bladej twarzy i myśleć, że zaraz będzie koniec świata. A najgorsze były noce, kiedy leżałam zwinięta w kłębek, wszyscy spali, ja niby też, tylko myśli w głowie krzyczały, i nie dawały zasnąć, więc potrafiłam tak przeleżeć do 4 nad ranem, potem zmęczenie brało górę, a o 6 trzeba było wstać, uśmiech nr 1 na twarz dla dzieci, potem nr 5 do pracy.

Zawsze uchodziłam za osobę pogodną. Dla nikogo nie byłam zestresowana.

O skutkach przewlekłego stresu, tych zdrowotnych, piszę obszernie w zakładce Stres i jego skutki.

Jeszcze raz podkreślam - NIE MAM NIC PRZECIWKO WIĘCEJ NIŻ JEDNEMU KOTU W DOMU. To fantastyczne zwierzęta, i wcale się nie dziwię, że ludzie nie potrafią poprzestać na jednym. Ja sama raczej nie dojdę do etapu, na którym jest Vicky Halls, która mówi, że ona ma już tylko jednego kota, właśnie ze względu na jego dobrostan. Ale nie można udawać, że nie ma problemu, kiedy jest. Więcej kotów to więcej udogodnień, rezygnacja bardzo często z ulubionego stylu. To przewrócone do góry nogami mieszkanie, urządzone już nie według naszych wyobrażeń, a wymagań kotów. To stała uwaga. To jak rodzeństwo, które będzie stale rywalizować o naszą uwagę i miłość. I nic nie pomogą nasze zapewnienia, że przecież kochamy nasze dzieci tak samo mocno. One będą chciały się o tym upewniać każdego dnia od nowa. I nie ma w tym nic dziwnego. A jeśli ktoś nadal nie rozumie, dlaczego, proponuję takie małe ćwiczenie, wyszukałam w jakimś programie terapii rodzin, w którym starano się pomóc rodzicom zrozumieć, dlaczego ich dzieci mają takie dziwne relacje, raz super, a potem bójka:

"Wyobraź sobie , że masz wspaniałego męża (żonę), kochasz go bardzo, a on Ciebie. Mieszkacie sobie w swoim mieszkaniu, codziennie do siebie wracacie, macie udany seks, jest cudownie. Pewnego dnia Twój mąż (żona) mówi do Ciebie: - Kochanie, jesteś taka cudowna, tak bardzo Cię kocham, jesteś po prostu tak idealna, że postanowiłem sprawić sobie jeszcze jedną żonę, podobną do Ciebie. Na drugi dzień wracasz do domu, Twój mąż jest z tą druga, śmieją się i żartują, potem przychodzą goście, żeby obejrzeć tę nową." Uczestnicy mieli w tym miejscu opisać swoje uczucia, zapewniam Państwa, że nie były to opisy nadające się do publikacji na tej stronie bez sporej cenzury.

Koty nie operują zapewne takimi samymi uczuciami, ale ja uważam, że uczucia jak najbardziej mają. Boją się straty, boją się, że ich uporządkowane życie się skończy. Boją się, że ktoś zabierze im ulubiony fotel, rozetę, półkę. Że nie będzie już dla nich miejsca na naszych kolanach. Na szczęście większość rozumie po pewnym czasie, że kolana są nadal, chociaż niekiedy nie o tej porze, kiedy by chciały, ale że da się z tym drugim żyć, że nie brakuje jedzenia. Chęć do zabawy jest zawsze, i po pewnym czasie odkrywa się, że ten drugi może właściwie posłużyć za worek treningowy, więc dlaczego nie?

Ja nie chciałabym być niczyim workiem treningowym. I tego chcę dla wszystkich kotów, żeby żaden z nich nigdy nie musiał być niczyim workiem treningowym. Żeby każdy miał swoją rozetę, żeby mógł spokojnie sobie pospać z wyciągniętymi nogami i zwieszoną głową, bez czekania, komu się prędzej znudzi ścisk, i wreszcie sobie pójdzie.

Po raz kolejny przebudowałam drapak, przy moim fotelu stał taki mały, z rozetą i półką. Stoi nadal oczywiście. Rozeta jest ukochanym miejscem Gatty, która w ten sposób towarzyszy mi w pracy, przy mojej głowie. Vesper odkryła rozetę niedawno, chociaż dla niej wiszą dwie inne, na słupie, też obok mojego fotela (to miejsce strategiczne więc przy moim fotelu są 4 rozety). Gdy zobaczyłam, jak Vesper próbuje z pokojowo pochyloną głową podaną do wylizania, postawa "na kociaka", wejść do Gatty, i po pokornym zezwoleniu na wylizanie głowy i uszek ułożyła się obok, i tak leżały, niestety, nie jako wyraz matczyno-córkowskiej miłości, a po prostu dlatego, że żadna z nich nie jest skłonna do radykalnych rozwiązań konfliktów, przykręciłam do słupa nad swoją głową rozetę z innego drapaka, w którym nie była używana (nie było to najlepsze miejsce według kotów). Nie ma już od tamtego momentu kociej miłości i przytulania się w jednym kółku, są dwie rozpostarte, wywalone do góry kołami klony obok mojej głowy. Niekiedy jest ich więcej, jak na zdjęciu obok, bo najważniejsza jest bliskość, każdy chce być obok mnie, gdy pracuję w swoim fotelu. Są więc dziewczyny ułożone wianuszkiem wokół mojej głowy, w budce, na budce, w rozetach, i niewidocznym na zdjęciu, również nad moją głową hamaku.

I tego wszystkim życzę.

 

 

Do góry                                                                    Strona główna