Nasza przygoda z kotami zaczęła się w sierpniu 2004 roku, kiedy to kupiliśmy naszą kotkę Clarę. Początkowo miał to być po prostu jeszcze jeden członek naszej rodziny, ale bardzo szybko okazało się, że chcielibyśmy czegoś więcej niż tylko "kotka na kolanka". W marcu 2005 pojechaliśmy z Clarą na naszą pierwszą wystawę, a w listopadzie 2005 roku zarejestrowaliśmy nasz przydomek hodowlany, Agilis Cattus*PL, w Felis Polonia, członku jednej z największych organizacji felinologicznych, jaką jest Federation Internationale Feline (FIFe).

Od chwili rejestracji naszego przydomka mija w tym roku 12 lat. Możemy już chyba powiedzieć o sobie "hodowla z tradycjami" :) . Przez te lata urodziło się w Agilisowie ponad 130 kociąt, to ponad 520 łapek drepczących w cudzych domach (no dobrze, kilka zostało u nas), co daje ponad 2340 obciętych pazurków. Samej trudno mi uwierzyć, że aż tyle kotów przewinęło się przez moje ręce.

Bywają i trudne chwile, i zawsze w rozmowach z Państwem staram się tłumaczyć, że hodowla to nie są jedynie słodkie zdjęcia okrąglutkich kociątek. To niejednokrotnie łzy i bezsilność, niespodziewane pożegnania, nieprzewidziane choroby, przed którymi nie uchronią nas nawet najlepiej przeprowadzone testy i badania. Z urodzonych w Agilisowie 134 kociąt, trzy koty przeniosły się przedwcześnie za Tęczowy Most. Jeden z nich to mój własny, cudowna koteczka Ino, dla której trudy związane z ciążą i porodem okazały się za ciężkie. Wiele z nich żyje tylko dzięki mojemu uporowi, nieprzespanym nocom, spędzonymi na klęczkach przy mamusinym brzuchu, bo nie wszyscy mają od razu takie same szanse dane przez naturę. Późniejszy rozwój i zachłystywanie się życiem tych odratowanych marud to moja największa radość.

Moje marzenie to specjalizacja w hodowli krępych, grubokościstych, krótkołapych, obdarzonych dużymi, szerokimi głowami kotów brytyjskich w kolorach wszelakich. Kiedyś napisałabym, że niebieskich, liliowych i kremowych. Są to moje ukochane typy, i głównie takie kocięta miały się rodzić w mojej hodowli. Z czasem jednak wszyscy dojrzewamy do nowych decyzji, i kolor przestał mieć dla mnie znaczenie - mają być ładne, kształtne misie o dobrych, stabilnych temperamentach. Oczywiście marzy mi się też kot na miarę zwycięstwa w Wystawie Światowej, i wierzę, że kiedyś i to marzenie się spełni. Nieważne, w jakim kolorze :) Dzięki Arabice, Gatcie Perli i Vesper będzie też trochę szylkretek z białym. Wielbiciele pręg i cętek muszą, niestety, szukać szczęścia gdzie indziej - ja uwielbiam to, co gładkie. Nie planuję też zbytnio rozbudowywać swojej hodowli - nie wyobrażam sobie możliwości poświęcenia kociętom jak największej ilości uwagi i wolnego czasu przy większej ilości czynnych kotek niż 5-6. Mam w tej liczbie na myśli kotki czynne hodowlanie, bo zdaję sobie sprawę z tego, że z czasem dołączą do nas kastratki, co oznacza, że kotek ogólnie będzie kiedyś więcej, bo i one przechodzą na swoją emeryturę. Oznacza to mniej kociąt, niż w przypadku naprawdę dużych hodowli, ale przecież nie o produkcję w tym wszystkim chodzi :). Kastratki powiększają trochę naszą kocią rodzinę, ale cieszę się, że są z nami nadal.

Ja sama staram się cały czas dokształcać - ukończyłam w kwietniu 2011 roku Studia Podyplomowe na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu "Pielęgnacja i chów zwierząt towarzyszących", a w lipcu 2011 kolejne, "Psychologia zwierząt", tym razem w Polskiej Akademii Nauk w Warszawie. Stale pogłębiam swoją wiedzę, często biorąc udział w konferencjach i seminariach organizowanych przez różne instytucje i uczelnie, dotyczące biologii, zdrowia, zachowania, i problemów behawioralnych kotów. Dokształcam się i stale specjalizuję w zawodzie behawiorysty, bo z każdym dniem, miesiącem i rokiem, moje koty uczą mnie coraz lepiej rozumieć ich świat. W tym roku mam nadzieję cieszyć się certyfikatem behawiorysty COAPE. Jestem również międzynarodowym sędzią felinologicznym kategorii 3 i 4. Hodowla i kontakt z moimi kotami jest dla mnie źródłem wielkiej radości, i skierowała moje życie na zupełnie inne tory. Mam nadzieję, że źródłem podobnej radości będą dla państwa moje koty, dla jednych spoglądające z ekranu monitora, dla innych realnie w domu, mruczące na kolanach.

Nasza hodowla jest systematycznie badana pod kątem FeLV i FIV , i posiada aktualne, ujemne wyniki tych badań. Wszystkie koty są również genetycznie przebadane pod kątem PKD, i posiadają certyfikaty potwierdzające, że są wolne od genu odpowiedzialnego za wielotorbielowatość nerek. Badane są też oczywiście pod kątem HCM, daty ostatnich badań, u kotów dojrzałych potwierdzone odpowiednim certyfikatem, znajdują się w zakładkach poszczególnych kotów. 



 Moja rodzina

Moja rodzina to ja, mąż Bohdan, dwójka dzieci Arek i Agnieszka, pięć kotek brytyjskich: Clara, Borgia, Arabica, Gatta i Ino, kocurek Fado, ryby i żółwie .

 Dom bez zwierząt jest niepełny. Wiedzą o tym dzieci, zamęczające rodziców o kupno kogoś, kto sprawiłby, że poczują się ważne i potrzebne. Nie wiadomo, jak to się dzieje, że nawet najzagorzalsi przeciwnicy trzymania zwierząt w domu, po krótkim okresie opieki nad cudzym pupilem, rozpoczynają własną przygodę ze stworzeniami, które szybko stają się jednym z najważniejszych elementów domu rodzinnego. Magia?

Zwierzęta w naszym domu pojawiają się od lat. Zamiłowanie do hodowania jest chyba nieodłącznym elementem natury każdego z nas (czy nie dlatego mamy dzieci, chociaż potem każdy próbuje przekonywać, ile to kłopotów i zachodu?), może po prostu nie wszyscy chcemy się do tego przyznać...

W naszym domu przed przybyciem kotów była jeszcze mysz Marian i traszki. Marian był ulubieńcem Clary. Ale proszę sie nie obawiać, nie zginął w jej miłosnych uściskach, ale dożywszy imponującego jak na mysz wieku 2 lat i 6 miesięcy po prostu od nas odszedł.

Każdy z nas ma swoje pasje i upodobania, ale tym, co nas łączy, są wspólne wyjazdy, rajdy rowerowe, spływy kajakowe, zimą narty, no i zdobywanie gór, w każdym razie tych w zasięgu naszych możliwości.

Góry były przed wszystkim. To po nich chodziliśmy, jeszcze zanim urodziły się dzieci, przyciągały nas bez względu na charakter i krajobraz. Najważniejsze, żeby było "krzywo". Były to więc i Sudety, i Bieszczady, i Tatry. Do Tatr wracaliśmy zawsze najchętniej, po raz pierwszy pokazaliśmy je dzieciom, gdy miały 4 i 3 lata. Udało nam się zaszczepić zarówno Arkowi, jak i Agnieszce, zamiłowanie do "krzywego", dzięki czemu ciągle potrafimy się umówić na wspólne wakacje. To niezły wynik według mnie - w końcu piszę o dzieciach, które mają już 20 i 19 lat!.

Naszą najwiekszą chyba w tej chwili pasją są rowery. Zaczęło się bardzo niewinnie, jeszcze na komunijnym prezencie pt. "Jubilat", do którego mocowałam fotelik, na którym jeździła Agnieszka. Potem zmiana na bardziej "współczesne" modele, coraz dłuższe wypady, ostatnio zamieniły się w mój ulubiony sposób spędzania czasu. Rower daje to wspaniałe poczucie pokonywania trudności, przy tym człowiek czuje się naprawdę wolnym, bo rowerem można przemieszczać się praktycznie bez ograniczeń. Ma tę przewagę nad wycieczkami pieszymi, że umożliwia pokonanie większych odległości w tym samym czasie, i zabranie więcej bagażu.





Jeśli chcesz więcej dowiedzieć się o mojej rodzinie i naszych wojażach, zapraszam na moją stronę domową

Ta należy do kotów.






Powrót do góry                 Powrót do strony głównej