Kastracja kota - przebieg, przygotowanie, i opieka po zabiegu.

Na czym polega zabieg kastracji

Termin "kastracja" używany jest często zamiennie z terminem sterylizacja. Technicznie rzecz ujmując, kastracja jest jednym z rodzajów sterylizacji. Sterylizacja to zabieg chirurgiczny polegający na ubezpłodnieniu, może to być więc na przykład podwiązanie jajowodów u kotki bądź nasieniowodów u kocura. Kastracja to usunięcie gonad, czyli jajników w przypadku samic, i jąder w przypadku samców. Większość lekarzy usuwa też niepotrzebną już macicę, ale niektórzy nie uważają tego za konieczne.

Zabieg u kocura jest dość prosty. Wykonuje się go oczywiście w znieczuleniu ogólnym. Lekarz usuwa jądra poprzez cięcia wykonane na mosznie, jak to przedstawiono na filmie poniżej. Rany na mosznie nie zaszywa się, ciecie zrasta się bardzo szybko nie sprawiając problemów. Niektórzy lekarze zakładają mały szew w miejscu nacięcia, większość jednak pozwala rance zasklepić się samodzielnie. Moje kocury kastrowane są "metodą bezszwową", i nigdy nie miałam żadnych problemów pooperacyjnych.

Kastracja kotki jest już poważniejszym zabiegiem, ponieważ w celu usunięcia jajników i macicy trzeba otworzyć jamę brzuszną. Całość oczywiście również w znieczuleniu ogólnym. Nacięcie wykonuje się wzdłuż linii białej, czyli centralnie na brzuchu, bądź na boku. Cięcie ma długość ok. 2 cm. Lekarz usuwa jajniki wraz z macicą, po czym zakłada kilka szwów. Po 10 dniach szwy zostają ściągnięte. Żeby zabezpieczyć ranę przed rozlizaniem, kotce do zdjęcia szwów zakłada się kubraczek, chociaż bywają koty zupełnie niezainteresowane raną, i te mogą biegać bez ochrony. Kotki nacinane na boku najczęściej nie wymagają kaftaników, niektórzy lekarze natomiast wolą nacięcie na brzuchu, ponieważ zapewnia ono lepszy dostęp do "zawartości". To własnie przy cięciu bocznym lekarz często zostawia macicę, usuwając jedynie jajniki, ze względu na trudniejszy dostęp. Po zabiegu kotka otrzymuje najczęściej dwukrotnie zastrzyk z antybiotykiem, żeby na pewno nie doszło do żadnych powikłań w obrębie rany, pierwszy w dniu zabiegu, i drugi po 48 godzinach. Oczywiście nie wszędzie musi to przebiegać tak, jak opisałam, bo różni lekarze mają różne sposoby postęowania pooperacyjnego. Dobrze jest przed zabiegiem porozmawiać z lekarzem, jak przeprowadzi zabieg.

Obok - zdrowa macica wraz z przydatkami. Poniżej krótki filmik z przebiegu kastracji u kocura.



Przygotowanie kota do kastracji

Kot przystępujący do zabiegu musi być zdrowy. Lekarz bardzo często zleci nam przed kastracją badania krwi, żeby mieć pewność, że nerki i wątroba pracują prawidłowo, i w trakcie zabiegu nie wydarzy się nic, co mogłoby spowodować komplikacje. U bardzo młodych kotów lekarze niekiedy odstępują od takiego badania, polegając na bardzo dokładnym wywiadzie, ale już u dorosłych powinny być przeprowadzone.

Przed zabiegiem kotu nie wolno jeść - tutaj są pewne rozbieżności co do długości takiej głodówki, ja przy zabiegu umówionym na 9 rano zabieram miski wieczorem poprzedniego dnia, o 21, czyli na 12 godzin przed operacją. Niektórzy każą ten okres wydłużyć, i kot nie powinien jeść już od popołudnia. Należy tutaj zdać się na lekarza, bo dużo zależy od tego, jakich środków użyje do znieczulania, nie ma więc co powoływać się na znajomych, tylko zastosować się do zaleceń naszego weterynarza. Woda może stać cały czas, choć niektórzy i wodę na 2 godziny przed zabiegiem każą jednak odstawić. Powinniśmy też na ten dzień wziąć wolne, a w przypadku kotki dobrze jest zapewnić jej stałą opiekę przez 2-3 dni. Dlatego najczęściej planujecie Państwo zabiegi na piątek, żeby wykorzystać dwa dodatkowe dni weekendu.


Postępowanie z kotem po kastracji

Największym wyzwaniem, pomimo wszystkich nerwów i stresów, jakie przeżywacie Państwo przed zabiegiem, jest opieka pokastracyjna. Jest ona znacznie łatwiejsza w przypadku kocurów, od nich więc zaczniemy. Zabieg u kocura jest dość prosty, więc zmagamy się najczęściej jedynie ze skutkami narkozy.

Pamiętamy, żeby kota odbierać wybudzonego! Oczywiście będzie dalej przysypiał, ale powinien reagować na dotyk, ja odbieram koty z kiwającymi się głowami, ale nie mam wątpliwości, że są wyprowadzone z narkozy. Niekiedy lekarze oddają nam śpiącego kota twierdząc, że w domu się obudzi - nie zgadzajmy się na to, nie potrafimy ocenić, czy kot po prostu długo śpi, czy coś się z nim dzieje. Jeśli lekarz nie ma warunków do przetrzymania kota do pełnego wybudzenia, szukajmy innej przychodni do przeprowadzenia kastracji. Z doświadczenia wiem, że z wieloma lekarzami kontakt po zabiegu jest utrudniony, i z wszelkimi niepewnościami pozostajecie Państwo sami. Nie doradzałabym też umawiania się na zabieg w godzinach popołudniowych - wybudzanie i najtrudniejsze godziny przypadną na noc, gdy przychodnia będzie już zamknięta, a telefon lekarza może okazać się wyłączony.

Kot po narkozie wygląda dość upiornie, niby patrzy, ale wzrok jest błędny, niby chodzi, ale zatacza się i przewraca. Mogą zdarzyć się wymioty (to dlatego nie dajemy kotu jeść przed zabiegiem, żeby mieć pewność, że nie zachłyśnie się w razie wymiotów treścią żołądkową), niekiedy kilkakrotne. Kot może się zsiusiać w niekontrolowany sposób, chociaż najczęściej zdarza się to jeszcze u lekarza, w domu spróbuje trafić do kuwety, ale może się okazać, że jednak nie da rady, i siku wyląduje na kocyku. To nie jest nic niepokojącego. Kotu może też być zimno po narkozie - to normalny objaw, przykrycie kocykiem, ciepła poduszka pod łapki a pewno okażą się tu pomocne. Najczęściej już na drugą dobę, a często i w pierwszej, kocury zaczynają normalnie funkcjonować, podchodzą do jedzenia, picia, nie są może w najlepszym nastroju, ale szybko dochodzą d siebie. Ranka na mosznie zasklepia się bardzo szybko, jeśli kot nie wykaże nią nadmiernego zainteresowania i nie "rozliże", po kilku dniach nie będzie po niej śladu, no może lekko wygolone miejsce.

W przypadku kotki opieka wygląda trochę poważniej. Mamy do czynienia ze szwem na brzuchu bądź na boku. Postępowania są bardzo różne, i znów proponuję dostosować wszystko do konkretnej kotki, a nie do tego, jak to było u znajomych. Postępowanie z następstwami narkozy jest takie samo, jak powyżej - czyli w miarę potrzeby zapewniamy kotce ciepło (ale nie przegrzewamy!), sprawdzamy kocyk, czy nie znalazła się na nim zawartość pęcherza, pilnujemy, żeby nie wskakiwała na zbyt wysokie meble. Mimo złego samopoczucia i zataczania się nasza kotka na pewno będzie próbowała takich akrobacji! Poza tym wszystkim, dbamy o ranę. W przypadku cięcia na brzuchu lekarz zapewne ubierze kotkę w kaftanik. Co do kaftaników jest zawsze wiele emocji, opinii typu "a mój lekarz zrobił tak, że nie trzeba było kaftanika". Najczęściej niewiele tu zależy od lekarza, tak naprawdę wszystko zależy od kotki. Jedne są spokojne i nie interesują się zbytnio raną, inne, niestety, chciałyby tak długo pucować ją językiem, żeby jakoś zniknęła. Ja uważam, że bezpieczniej jest kaftanik założyć. Problem polega na tym, że koty go nienawidzą, nie lubią, gdy cokolwiek dotyka ich w ten sposób i krępuje. Próbując go za wszelką cenę zrzucić, potrafią zachować się w sposób mało elegancki, często sycząc i próbując nawet gryźć współczującego właściciela. Nie ruszamy nic, nie zdejmujemy, kocięta godzą się z kubraczkiem po około 2 godzinbach podskoków i gonitw, dorosłe koty niekiedy są naburmuszone przez cały czas. Kot na różne sposoby będzie nas przekonywać, że kubrak jest śmiercionośny:

- będzie się w nim ciągle przewracać;
- będzie chodzić do tyłu, że do przodu niby już nie potrafi, ale chodzenie do przodu sprawdzamy stawiając miskę z ulubionym jedzeniem;
- będzie na przykład leżeć nieruchomo w pozycji "zdechł pies", i to dosłownie, z łapami sztywno skierowanymi do góry;
- będzie jak szalony podskakiwać w celu zrzucenia tego czegoś, albo biegać z nadzieją, że odpadnie :);

Lista zapewne nie jest zamknięta.

Uważam, że bezpieczniej jest znieść te humory, i przetrzymać kotkę w kaftaniku, chyba, że cięcie jest boczne, i kotka naprawdę się nim nie interesuje. Rozlizana rana będzie się goić znacznie dłużej, i kot wtedy i tak trafi do kubraczka, a dodatkowo obciążony zostanie antybiotykami.

Jeszcze jedna rzecz, która Państwa często niepokoi, to szwy. Kotki bardzo różnie reagują na wewnętrzne, rozpuszczalne szwy, dużo też zależy od tego, jakich nici lekarz używa. Bardzo często w miejscu szwu tworzy sie wypukłość, małe, ale wyraźnie wyczuwalne wybrzuszenie - to normalna reakcja na nici chirurgiczne, niektóre kotki tolerują nici bardzo dobrze, i brzuszek jest płaski już po tygodniu, u niektórych trwa to dość długo, zanim wszystko się wchłonie, i taki garbik budzi niepokój. Oczywiście w razie wątpliwości pokazujemy wszystko lekarzowi na wszelki wypadek, ale zapewniam, że taka reakcja jest normalna i nie jest niczym groźnym. Prędzej czy później wszystko się pięknie wchłonie, nici się rozpuszczą, brzuszek rozpłaszczy, a blizna zniknie w gąszczu odrastających włosków :)


W jakim wieku kastrować kota

To budzi chyba najwięcej emocji, i sami lekarze są tu bardzo podzieleni, strasząc chorobami, przy czym jedni straszą nimi, jeśli kastracja wykonana zostanie wcześnie, a inni, gdy późno. Na szczęście mamy coraz więcej badań, które obalają wiele mitów związanych zarówno z samą kastracją, jak i terminem jej wykonania. Już coraz mniej lekarzy obarcza kastrację winą za choroby dolnych dróg moczowych (SUK), bo po przebadaniu wielu kotów okazało się, że cierpią na nie w równym stopniu zarówno koty kastrowane, jak i niekastrowane. Innym problemem zgłaszanym do niedawna, jako skutek uboczny kastracji, była otyłość. Prawdą jest, że koty kastrowane mają obniżony poziom metabolizmu - są spokojniejsze, mniej skore do bójek, ogólnie mniej pobudzone - ale podobnie jak my, tyją od nadmiaru bądź źle zbilansowanego jedzenia i braku ruchu. Widziałam wiele spasionych, jak najbardziej niekastrowanych kotów. Najważniejsze są tu odpowiednie żywienie i ruch.

Następny temat to kiedy - tutaj znów mamy bardzo rozbieżne zdania. Jeszcze spotyka się niekiedy ludzi uważających, że kot powinien choć raz "popróbować kotki", a kotka choć raz powinna mieć młode. Nie jest to prawdą. Uruchamia się tylko wtedy cały łańcuch hormonów odpowiedzialnych za wiele przemian w naszym kocie, również w jego charakterze. U kotek bardzo wzrasta zagrożenie nowotworami sutka, a zmiany nowotworowe u kotów są dla nich mało łaskawe, najczęściej, niestety, są złośliwe. Tylko kastracja przed wystąpieniem pierwszej rujki zmniejsza ryzyko zachorowania praktycznie do zera. Im później wykonany zabieg, tym większe zagrożenie. W przypadku kotki doradzałabym kastrację najpóźniej w 6 miesiącu, przy czym podkreślam tu słowo "najpóźniej", według mnie najlepiej jest, jeśli zabieg przeprowadzony zostanie jeszcze u hodowcy, i twierdzę tak na podstawie lat obserwacji kastracji moich kociąt w bardzo różnym wieku. Te pierwsze kastrowane były po ukończeniu roku, i na pewno nie byłam w tamtym czasie dobrym doradcą ani dla moich zwierząt, ani dla moich opiekunów. Obecnie kotki niehodowlane z mojej hodowli opuszczają mój dom już wykastrowane - o tzw. wczesnej kastracji napiszę za chwilę. Podobny wiek, czyli jeszcze w hodowli, doradzałabym w przypadku kocurów, jeśli natomiast odbieracie Państwo kotka niewykastrowanego, absolutnie nie zwlekałabym z zabiegiem dłużej niż do 6. miesiąca. Na pewno nie należy czekać, aż kot zacznie znaczyć - nie ma takiej potrzeby, i zupełnie niczemu to nie służy.

Kocięta niehodowlane w coraz większej ilości hodowli, w tym również z mojej, wychodzą do nowych domów już po zabiegu kastracji, która budzi wiele emocji, i spotyka się z ostracyzmem ze strony wielu osób, również lekarzy. Jeśli mają Państwo zbyt wiele wątpliwości, proszę poszukać kota w hodowli, w której nie poddaje się kociąt wczesnej kastracji. Programy wczesnej kastracji były bardzo popularne już w latach 80. XX wieku w Stanach Zjednoczonych, początkowo w celu ograniczenia populacji kotów bezdomnych. Koty poddane wczesnej kastracji, czyli takiej pomiędzy 7 a 16 tygodniem życia, obserwowane były potem w celu oceny ich wzrostu czy występowania chorób. W wielu czasopismach medycznych na zachodzie już od dawna publikowane są wyniki takich badań, systematycznie uzupełniane - pierwsze pojawiły sie już w roku 1993, potem pojawiały się kolejne, w latach 1996, 2000, 2001, i najczęściej cytowane z 2004 roku. Każdy kolejny raport bogatszy był o kolejne dane, ponieważ coraz starsze były koty poddawane wczesnej kastracji jako pierwsze, i było ich coraz więcej, bo z każdym rokiem obejmowane badaniami były kolejne. Ja bardzo długo zapoznawałam się z danymi, i nie ukrywam, że nie należałam do osób, które szybko przekonały sie do kastrowania kociąt przed wydaniem do nowego domu. Długo zapoznawałam się z opiniami lekarzy, z wynikami badań, ważyłam wszystkie za i przeciw. W moim przypadku kastrowane są kocięta po ukończeniu 13. tygodnia, czyli w wieku pełnych 3 miesięcy. Bardzo trudno jest upowszechniać wiedzę na temat wczesnej kastracji, ponieważ nie ma właściwie żadnych opracowań w języku polskim, dostępne są tylko wspomniane przeze mnie artykuły w języku angielskim. Osoby anglojęzyczne odsyłam do oryginalnego artykułu z roku 2004 >>> , poniżej przedstawię najważniejsze jego punkty, omawiające najczęściej wysuwane argumenty przeciwko kastracji, szczególnie tej wczesnej. Zapraszam też do przeczytania nowszego artykułu, z 2006 roku >>>> .

Otyłość

Jak już napisałam wyżej, otyłość wynika ze źle zbilansowanej diety i braku ruchu. Właścicielom kotów wydaje się, że kot to zwierzę leniwe, większość czasu śpi, i nie wymaga jakiegoś szczególnego zajęcia. To prawda, że kot przesypia lwią część doby, ale w okresie aktywności wymaga ruchu i stymulacji. Mając świadomość, że kastrowane zwierzę może mieć obniżone tempo przemian metabolicznych tym bardziej trzeba zadbać o odpowiednie żywienie i ruch, zabawę, aktywność. Takie samo spowolnienie będziemy obserwować u niekastrowanych zwierząt po kilku latach, w wyniku dojrzewania a potem starzenia się. Widziałam wiele niekastrowanych, otyłych kotów. Mam w domu dwie kastratki, które nie są otyłe, a dzięki nim i mnie łatwiej jest zadbać o linię, biegając regularnie ze sznureczkiem jako ofiara, na którą mogą codziennie polować :)

Wzrost

Bardzo dużo osób boi się, że kastrowane zwierzę nie rozrośnie się tak, jak jego niekastrowany brat/siostra. Że jego kościec nie osiągnie odpowiednio dużych rozmiarów. Wzrost, wielkość, typ kośćca danego zwierzęcia "zaprogramowany" jest w genach, oczywiście nieodpowiednie żywienie czy zaniedbanie może ten rozwój zaburzyć, ale na pewno nie kastracja. Wystarczy przejść się po jakiejś wystawie kotów, na której 80% kotów to przecież zwierzęta niekastrowane, i popatrzeć, jak różnych są rozmiarów i budowy koty tej samej przecież rasy. My, ludzie, też dorastamy do różnych rozmiarów, w różnym tempie, chociaż nikt nas nie kastruje :) Należy natomiast mieć świadomość, że koty kastrowane rosną wolniej (chociaż niektóre moje 6 kilogramowe smoki przed ukończeniem pierwszego roku nie do końca się w ten schemat wpisują), i mając tego świadomość, tym bardziej zadbać o odpowiednie żywienie, i cierpliwie czekać na wzrost. Odsetek kotów z mniejszą/większą głową, o mniejszych/większych rozmiarach, itp., jest podobny we wszystkich grupach kotów, tych niekastrowanych, kastrowanych jako dorosłe, i kastrowanych wcześnie.

Choroby dolnych dróg moczowych

Tutaj za każde niemal schorzenie do niedawna obwiniana była kastracja. Obecnie wiemy już, że skłonności do SUK, czy tworzenia się piasku w pęcherzu, uwarunkowane są genetycznie, i koty z takimi skłonnościami znajdziemy i wśród zwierząt niekastrowanych, i kastrowanych, a ich odsetek jest podobny we wszystkich grupach, bez względu na wiek kastracji. Nieważne jest, czy mamy zwierzę kastrowane, czy nie - w każdym przypadku należy okresowo wykonywać badanie moczu, bo to jedyny sposób na szybkie wyłapanie, czy nasz kot ma skłonności do problemów z drogami moczowymi. Jeśli tak jest, należy nieco zmodyfikować dietę, aby zadbać o odpowiednie pH moczu, bądź zapobiec wytrącaniu się kryształków. Najważniejsza jest, jak zwykle, wiedza, znajomość "słabych punktów" naszego kota. Zbadanie moczu raz na pół roku jest naprawdę niekłopotliwe, niebolesne, i nie jest badaniem drogim, a daje nam najważniejszy oręż w walce z ewentualnymi schorzeniami dróg moczowych, wiedzę o naszym kocie. Z całą pewnością to nie kastracja winna jest wszelkiemu złu kociego świata, największym sprzymierzeńcem i winowajcą w problemach dróg moczowych jest przewlekły stres.

Temperament

Koty kastrowane są w większości spokojniejsze, mniej zaczepne, zgodniejsze i bardziej "przytulne". Tutaj zmiany rzeczywiście są trochę związane z wiekiem kastracji. Koty wcześnie wykastrowane po prostu rosną, powiększają się, natomiast psychicznie pozostają kochanymi dziećmi swoich właścicieli. Nie przeżywają burzy hormonalnej związanej z dorastaniem, nie odczuwają żadnych emocjonalnych rozterek, nie odsuwają się od właściciela w wyniku ciągotek związanych z poszukiwaniem partnera. Emocjonalnie koty wykastrowane jako kocięta, jeszcze u mnie w hodowli, to najstabilniejsze z moich kotów. Na pewno nie ma sensu czekanie na pełną dojrzałość kotów, które i tak nie będą rozmnażane, i uzależnianie od tego terminu kastracji. Problemy ze zmianą temperamentu, często odsunięciem się od domowników, i to nawet na 2-3 miesiące, pojawiają się u kotów późno kastrowanych, zapewne ze względu na gwałtowny spadek hormonów po kastracji w okresie, gdy ich poziom był bardzo wysoki. Oczywiście nie jest to sztywną regułą, ale wielu właścicieli zgłaszało mi taki problem po kastracji przeprowadzanej po osiągnięciu dojrzałości. Przy późno wykonanej kastracji często też obserwujemy zaburzenia w apetycie, okresowe spadki na wadze i zachowania depresyjne. Na szczęście prędzej czy później wszystko wraca do normy.

Szczegółowy artykuł poświęcony już tylko wczesnej kastracji znajdziecie Państwo tutaj>>> .



Dlaczego kastracja


Kastracja ciągle postrzegana jest jako zło konieczne, rodzaj okaleczania zwierzęcia. Przeciwnicy kastracji odwołują się do idei wolności, swobodnego korzystania z życia i życia zgodnego z naturą. Nie będę tu używała argumentów o zwiększaniu populacji bezdomnych kotów, bo to najwyraźniej nikogo nie wzrusza. Chciałabym zwrócić uwagę Państwa na inne, może trochę bliższe przeciętnemu człowiekowi aspekty.

Po pierwsze, z chwilą kiedy zwierzę jest pod opieką człowieka, kończy się jego życie "zgodnie z prawami natury". Ludzie wyznający ten pogląd nie powinni swoich kotów wpuszczać do domu, dopieszczać najlepszymi karmami, a jeśli zachorują, pozwolić im zgodnie z naturą wyzdrowieć albo umrzeć. Nie ma czegoś takiego, jak "częściowe życie w zgodzie z naturą", jak nie można być "częściowo w ciąży". Argument ten jest więc z gruntu nieprawdziwy, "szyty na miarę", tak żeby w danym momencie usprawiedliwić nasze zachowanie. Właściciele psów nie powinni w takim razie trzymać swoich pupili w ogrodach, a pozwolić im swobodnie biegać po okolicy, aby zgodnie z naturą mogły kogoś pogonić, obszczekać, czasami może nawet poszarpać za nogawkę. Jesteśmy odpowiedzialni za zwierzę, które zamieszka w naszym domu, i to nasz dom staje się jego naturalnym środowiskiem.

Kastracja nie ogranicza kotu spełniania jakichś potrzeb, po prostu tych potrzeb nie ma. Nie ma utraty przyjemności tam, gdzie nie ma łaknienia. To my, ludzie, pamiętając o przyjemnościach związanych z tą sferą życia, przypisujemy kotu własne poglądy. Kot poglądów nie ma, ma jedynie wysoki poziom testosteronu, jeśli nie jest wykastrowany, bądź estrogenów w przypadku kotki, i musi ten nadmiar jakoś rozładować. Nawet nie wie, czemu to służy, gdyby koty parzyły się z innych powodów, wówczas obserwowalibyśmy to , podobnie jak w ludzkim świecie, o każdej porze roku, ot tak dla przyjemności. Tak jednak nie jest.

Po drugie, znaczenie. Kocur, który nie jest wykastrowany, ma bardzo silny instynkt terytorialny. Obejmuje sobie jakiś teren w posiadanie, i jego granice oznacza nie tylko moczem, ale również specjalną wydzieliną o zapachu najzwyczajniej w świecie dla ludzkiego nosa ohydnym. Jeśli kot mieszka w mieszkaniu i nie wychodzi na zewnątrz, wówczas właściciele sami bardzo szybko dostrzegaja absurdalność argumentu związanego z życiem w zgodzie z naturą i bardzo szybko kota kastrują, ponieważ dla takiego kota granice terytorium to ściany mieszkania. Gorzej przekonać tych, którzy mają koty "wychodzące", ponieważ kot oznacza teren "gdzieś daleko". Mogą to być np. drzwi sąsiada, który nie jest niczemu winien, ale będzie miał codziennie na świeżo "spryskane" schody, albo ulubiony krzew w ogródku, albo piaskownicę dla dziecka. Może to przekona niedowiarków, zwłaszcza że kiedyś ich kot zestarzeje się osłabnie, i nie będzie już miał siły bronić swojego terytorium, więc w ramach rewanżu to do Państwa przyjdzie kot sąsiada, który też chce, żeby jego zwierzę żyło w zgodzie z naturą, i granica jego terytorium może wypaść na Państwa wycieraczce... Oprócz znaczenia, koty walczą o swoje terytoria, i ja osobiście nie zniosłabym widoku poszarpanych uszu i innych ran u mojego kota. Pisze do mnie wiele osób z pytaniami, dlaczego ich kot "śpiewa" w nocy, albo że przestał jeść, wygląda ogólnie nieszczęśliwie i zachowuje się nieswojo. Życiem kota rządzą zapachy, i woń kotek w rui, dobiegająca przez otwarte okna, jest nie do zniesienia. Proszę sobie wyobrazić, panowie (bo to mężczyźni są najczęściej orędownikami pozostawianie kocurowi oprzyrządowania), że macie spędzić całe życie za szybą, za którą przechadzają się ciągle młode, rozebrane, do tego "chętne" kobiety, ale żadna z nich nigdy nie będzie dostępna. Dla kocura oczami jest jego nos, to dlatego tak markotnieje, przestaje jeść, gubi gwałtownie sierść. Niektórzy uważają, że można kota wypuścić, to sobie "poużywa" na jakieś bezdomnej kotce - ale ten typ moralności pozwolę sobie pozostawić bez komentarza. Wspomnę jedynie o chorobach, które kocur może z takiej upojnej randki przynieść, a niektóre z nich, jak "koci AIDS", kończą się dla kota tragicznie. I walki, nieodłączny element kocich godów, nie zapasy, ale prawdziwe bitwy, do krwi nie tylko pierwszej. Jeśli komuś podoba się takie życie z naturą dla jego kota, to gratuluję odporności - ja osobiście bym tego nie zniosła.

Kotki to dokładnie ten sam problem. Nie jest prawdą, że kotki nie znaczą - wiele z nich sika na ściany, sprzęty, drzwi, buty, w okresie rui. Jak sobie pomyślimy, że ruja u kotki może przybrać postać tego, co lekarze określają mianem "rui permanentnej", czyli tydzień rui, 3 dni przerwy, i kolejny tydzień zawodzenia, i tak przez np. dwa miesiące, takie znaczenie zaczyna być poważnym problemem. Kotka w rui jest całkowicie we władzy instynktu, którego nie rozumie, kładzie się więc przed nami z błaganiem w oczach, próbuje zalecać się do naszych butów albo nogi stołowej. Nie wiem, dla kogo może to być zabawne. Przestaje jeść, gubi sierść, wygląda zwyczajnie na chorą, i tak się zapewne czuje. Stałe przekrwienie macicy, które temu towarzyszy, prędzej czy później doprowadza do ropomacicza - to problemy, z którymi hodowcy muszą się często borykać, bo przecież nie można kotek kryć na okrągło. A ropomacicze to rzadko choroba leczona zachowawczo, najczęściej trzeba kotkę operować, czyli usunąć macicę i przydatki tak czy inaczej, co równa się w rezultacie kastracji, tyle że przeprowadzanej już niejednokrotnie w warunkach zagrożenia życia kotki. Nie ma czegoś takiego, jak młode dla zdrowia chociaż raz. Dla zdrowia kotki najlepiej przeprowadzić zabieg kastracji zanim rozpędzi się hormonalna maszyneria. Kotki hodowlane po okresie rozrodu są kastrowane, podobnie jak ich "nakolankowe" koleżanki.

Trzecia sprawa to ta, o której napomknęłam na początku, że nie będę się nad nią rozwodziła, ale jednak do niej wrócę. Chodzi mi o niekontrolowany rozród. Spotkałam się z twierdzeniem, że to problem właścicieli kotek (to jak się dawniej mawiało, że lepiej mieć syna niż córkę, bo syn problem z domu "wynosi", a córka "przynosi", ale myślę, że już nie te czasy, na szczęście). Prawda jest jednak taka, że kocur nie wie, czy kotka jest kastrowana czy nie, i jeśli będzie pod wpływem naprawdę silnego popędu, będzie "atakował" każdą, i "zgwałci" nawet tę wykastrowaną, która wcale na to nie ma ochoty, ale jest z definicji słabsza. Dzieci z tego nie będzie, ale przymuszanie do czegoś, na co się nie ma ochoty, jest chyba marną przyjemnością, zwłaszcza że akt kopulacji jest u kotów aktem bolesnym, stąd zapewne tak silny popęd w okresie rui. I stąd brak zachowań seksualnych, gdy tej rui nie ma. Kocur, który nie będzie wykastrowany, będzie bił i gnębił wszystko co jest kotopodobne w okolicy, nawet wykastrowanego kota sąsiada, który niczemu nie jest winny i w niczym mu nie zagraża. Proszę sobie to przemyśleć, i postawić się w sytuacji, w której to Państwa np. stary już kot jest systematycznie bity przez "młodego boga" który właśnie zamieszkał w domu obok. Takie swobodne zachowanie nie jest tolerowane w przypadku psów, nie dlatego że one nie zasługują na życie "w zgodzie z naturą", ale po prostu dlatego, że się ich boimy, bo mogą zrobić nam krzywdę, co nie grozi nam w przypadku kotów. Nikt też nie oponuje przeciwko kastrowaniu koni - konie mają nam przecież służyć, a nie wyrywać się do klaczy. Ciekawe, że one nie muszą żyć w zgodzie z naturą. Ale niech ta prawda, może nie najprzyjemniejsza, uświadomi nam, jak łatwo dorabiamy sobie ideologię do różnych trudnych spraw.

Na szczęście włąściciele kotek szybciej rozumieją problem, bo kotka do domu wróci i tam, zgodnie z naturą, urodzi kocięta, ale to już jest pewien kłopot dla właściciela, o czym wie każdy, komu się taki prezent przytrafił. Wielu właścicieli ucieka w podawanie kotkom hormonów, ale ja przestrzegałabym przed tym, bo podawanie hormonów bardzo silnie wywraca gospodarkę hormonalną i metabolizm samej kotki, co najczęściej kończy się podobnie jak stałe, utrzymujące się długo ruje, czyli ropomaciczem, a wtedy operacja (równoznaczna z kastracją tak czy inaczej), niekiedy, niestety, śmierć. Oczywiście odezwie się tu wiele osób, które stosowały u swoich kotek hormony i nic się nie stało, ale to jest tak, jakbyśmy mówili, że papierosy nie szkodzą, bo znamy osoby, które je palą i żyją.

Kastracja jest jedynym sposobem na szczęśliwego, zadowolonego i spokojnego kota, i na spokojne, kulturalne i bezkonfliktowe życie z naszymi sąsiadami. Oni w końcu też zasługują na trochę uwagi.



__________________________________________________________________
                                       Opracowanie: Dorota Szadurska