Po odejściu Mordimusia Kalinka najpierw była w euforii, po kilku dniach wpadła w dół. Prawie nie je, w kuwecie też skromnie. Całymi dniami leży w jego legowisku, całym zakłaczonym białym futerkiem
Do tej pory milcząca, teraz zaczęła piszczeć (tak to nazywam, bo ona nie miauczy, tylko wydaje taki skrzeczący dźwięk), kiedy bierze się ją na ręce albo przy głaskaniu, nie wiem jak to zinterpretować, bo ona wcześniej praktycznie nie generowała żadnych dźwięków, ale odbieram to jako "idź stąd".
Przeczytałam i ona ma wszystkie objawy żałoby, choć wydawać by się mogło, że aż tak go nie kochała. Mordimuś ją uwielbiał, ona jego mniej. No ale zmiana to zmiana, może boi się o siebie, że też nagle zniknie...?
Z jednego zamartwiania się płynnie przeszliśmy w kolejne, teraz martwimy się o Kalinę i nie wiemy jak jej pomóc...