Trudno jest niekiedy wytłumaczyć, dlaczego nasza miłość i uwaga skupia się na kimś, kogo rozsądek nakazywałby odrzucić. Jeszcze trudniej wytłumaczyć, jak to się dzieje, że te nieracjonalne emocje są silniejsze niż jakiekolwiek zdroworozsądkowe argumenty. Niekiedy jednak tak właśnie jest, i dla niektórych nasze staromodne i niemądre emocje to życie.

Kokido urodził się bez oddechu, w zasadzie reanimowałam go bardziej z nawyku, niż przekonania, że cokolwiek jeszcze mogę dla niego zrobić. Nie potrafiłam przestać, bo na dłoni czułam pukające co jakiś czas serduszko, bardzo rzadko, ale uderzało uparcie, jakby wołało, że jeszcze nie czas. Po odessaniu ogromnych ilości wód i śluzu, Kokiduś złapał swój pierwszy, ciężki oddech, który początkowo był równie rzadki, jak pukania serduszka, ale był, i z każdą minutą mozolnie się stabilizował.

Nie będę tu opisywać pierwszych dni i tygodni naszego Kurczątka, jak go z Agnieszką od pierwszych chwil nazwałyśmy. Były bardzo trudne, maluszek nie chciał złapać smoczka, nie wypijał prawie nic od matki, jedynie się do niej przytulając, i w pierwszych dwóch dobach stracił prawie 20% swojej wagi urodzeniowej. Płacząc przygotowywałam się już na jego ostatni zastrzyk. Tuż przed rankiem, który miał być jego ostatnim, wyciągnęłam z "kociej szuflady" najgrubszy, największy smoczek, którym zawsze pogardzały wszystkie inne dokarmiane przeze mnie kocięta, i Kokido z nie do opisania siłą i wolą życia zassał się na nim. To dodało mi takich sił, że postanowiłam podarować mu jeszcze jedną szansę.

Maluszek rósł powoli i mozolnie, ale rósł, miał ogromne problemy z połykaniem mleka, które często wylewało się noskiem, ale zasysał się prawidłowo, jedynie porcje, jakie pochłaniał "na raz" były bardzo małe. Byłam pewna, że w pyszczku jest jakaś nieprawidłowość, przetoka być może pomiędzy pyszczkiem a noskiem, ale łudziłam się, że może jest to rzecz nieduża, którą da się w przyszłości "załatać". Uchylany pyszczek nie zdradzał żadnej wady, Kokido nigdy się nie zachłystywał przy jedzeniu, po prostu musiał jeść często, ale w bardzo małych ilościach. Początkowo karmiłam go co 20 minut, potem te przerwy zaczęły się wydłużać, doszliśmy do karmienia co 1,5 godziny, co 2 godziny, i tak to trwało przez 6 tygodni. Pod koniec nie potrzebowałam już budzika w nocy, tak mnie moje Kurczątko wytresowało :)

U Kokido wszystko zaczynało się później o jakieś dwa tygodnie, jak w zegarku, z takim właśnie poślizgiem w stosunku do "zwykłych" kociąt. Wagowo też oczywiście odstawał, ale jak mogło być inaczej, skoro dopiero po tygodniu urodził się na nowo, czyli odzyskał swoją wagę urodzeniową. Upragniona przeze mnie przesiadka na mięso, która oznaczała uwolnienie się od nieznośnego dźwięku budzika co 2 godziny, też przyszła później. Nie pamiętam, ile tygodni minęło, zanim odważyłam się rozewrzeć pyszczydło Kurczątka tak mocno, żeby zajrzeć w nie dokładnie, pamiętam tylko, że wzięłam go na kolana, powiedziałam "Nie bój się, teraz już nikt Cię nie odeśle na tamtą stronę", i popatrzyłam. W pyszczydle nie było żadnej dziurki, o którą się modliłam, a było to, czego bałam się od początku, a czego nie chciałam dostrzec, czyli piękny, wielki, ciągnący się aż do gardła rozszczep. Tylko początek podniebienia, ta część, którą było widać przy lekkim uchyleniu pyszczka, albo którą sprawdzałam palcem, była prawidłowo zrośnięta, i ten mały skraweczek podniebienia uratował Kokidusiowi życie, pozwalając prawidłowo zasysać się na smoczku.

Kokido ma już ponad cztery lata, waży 4 kilogramy, jest wielkim amatorem mięsa. Postanowiłam, że zostanie z nami, jako Dobry Duszek, taki Genius Loci Agilisowa. Początkowo chciałam znaleźć dla niego kochający dom, i wiem, że takich domów byłoby wiele, ale Kokido wymaga bardzo dużej dyscypliny, jeśli chodzi o sposób karmienia, utrzymanie higieny jamy ustnej, bo to jest warunkiem jego zdrowia, czy dopajanie w upalne dni. Ma też asymetrię w budowie czaszki, trzeba pokochać jego "nieklasyczny wygląd", ja akurat nie mam z tym problemu :) Wada Kokido okazała się dla niego łaskawa, bo nie powoduje problemów, które normalnie dotykają koty z rozszczepami, czyli zachłystów, zakrztuszeń, zapaleń oskrzeli czy płuc. Z tym nie musieliśmy się borykać nigdy, nawet w najtrudniejszych momentach jego życia. Jest zdrowy, aktywny, nie wymaga podawania leków, jedynie suplementację związaną z tym, że nie je gotowej karmy suchej, ale tym nie różni się od Perli, Rayi czy Vesper, które też są "barfowe". Trudniejsze jest natomiast zbilansowanie jedzenia, bo nie mogę mu po prostu przygotować barfowej mieszanki, nie może jeść niczego, co ma formę papkowatą, półpłynną, gęstą. Zarówno jedzenie, jak i suplementacja, muszą być w konkretnych kawałkach, do przełknięcia bez rozpadania się w pyszczku. Muszę natomiast dbać o nosek, i wypracowałam sobie bardzo skuteczny sposób utrzymania higieny w obrębie Kokidusiowego pyszczydełka. Nie wiem, czy ktoś inny miałby w sobie tyle serca i dyscypliny, w każdym razie musiałabym najpierw JA uwierzyć, że to ktoś taki. Kokido został więc z nami, i jest naszym Misiem Szczęścia :)

Nie wiem, jak długo jest mu sądzone żyć, ale dopóki cieszy nasze oczy swoimi tryskającymi energią galopadami, dopóki podgryza mi, jako jedyny, któremu na to pozwalam, moje stopy pod kołdrą, dopóki jest zdrowy i rośnie, dopóty jego miejsce jest w Agilisowie, obok pozostałych, "nierynienkowych", klasycznie zbudowanych mordek :)